24.9.2017, Yap, Mikronezja

Na Yap przylecieliśmy przed czasem i pieszo szliśmy z samolotu. To prawdziwy koniec świata, jedyny samolot jaki tu przylatuje to United 2x w tygodniu. Nawet jakbyśmy chcieli zostać tu krócej to się nie dało :-). Do oficera imigracyjnego stoi się jeszcze na płycie lotniska i jego budka to wejście do "hali". Konrad już zasnął na rękach, a po przejściu oficera stała ubrana w lokalny strój młoda kobieta i zakładała każdemu naszyjnik z kwiatków. Taśmy do bagaży nie ma, dwóch gości rzuca bagaże na kawałek lady. Mnóstwo lokalesów miało popakowane paczki i mini lodówki, pewnie wiozą pełno rzeczy, bo na malutkim Yap ciężko coś dostać. Odbierają nas z hotelu ESA i w 10 minut jesteśmy. Pokój jest ok, ale trochę mały, no i niestety znalazłem jednego karalucha. Cóż, tropiki, więc się chyba zdarza. Rano wstajemy i idziemy na dół na śniadanie. Restauracja jest otwarta zgodnie z posiłkami - na śniadanie, lunch i obiad. Ma piękny widok na zatokę obok. Nie jest strasznie drogo, najtańsze śniadanie to 2 jajka sadzone, tosty i kawałek dżemu za 5$. Z naleśnikami za 7$. Da się przeżyć. Po śniadaniu idziemy na "miasto" się rozejrzeć. Nasze gminne wioski mają chyba więcej ulic, ale jest większość co potrzeba. Są sklepy, jest sąd, policja, bank. Zaglądamy do Manta Ray Resort zapytać o nurkowania. Jest drogo, bo 125$ za 2 zejścia oraz 50$ za snorkeling. Zastanowimy się, bo też nie mamy co zrobić z Konradem. Yap jest jednym z ciekawszych miejsc do nurkowania, bo można zobaczyć 7 metrowe płaszczki giganty. Idąc wzdłuż zatoki spotykam taksówki i zagaduję z panią taksówkarką o możliwość zwiedzenia wyspy. Umawiamy się na 3h zwiedzanie za 60$. Nie chciała się targować. Hotel oferował 75$ od osoby, więc sporo do przodu i tak byliśmy. Po obiedzie w hotelu (tu znowu ceny ok, bo 9-10$ za dobry posiłek) odpoczywamy i o 15 ruszamy. Yap słynie także z kamiennych pieniędzy i jedziemy najpierw zobaczyć Kamienny Bank. Pieniądze przypłynęły tu z Palau, mimo, że są mega ciężkie. To takie koła o wielkości od 50cm do nawet 2 metrów z dziurą w środku. Wszystko jest położone na prywatnych posesjach, więc trzeba zapytać, no i zapłacić po 2.5$ od osoby. Obok alejek z pieniędzmi są też domki tylko dla mężczyzn, gdzie nasza pani tłumaczy, że jak jakaś kobieta wejdzie to już tak jakby była własnością wszystkich mężczyzn w wiosce...

Jedziemy na północ na Forbidden Island. Tu oglądamy jak ludzie żyją, plaże oraz wyspę, gdzie jest największy pieniądz kamienny. Niestety nie ma tam teraz wstępu. Na wyspie jest piękna roślinność oraz mnóstwo psów. Mam trochę do nich stracha od kiedy mnie pogryzły w Tadżykistanie. Tu jednak żaden nie jest wrogi. Ostatni punkt jest na południu wyspy, gdzie niestety nie mogliśmy znaleźć właściciela ziemi, więc zdjęcia kamiennych pieniędzy mogłem porobić tylko z samochodu. Pani była naprawdę stanowcza, żeby nie wychodzić z samochodu i nie robić zdjęć, bo można mieć spore kłopoty. A właściciel był niedaleko z innymi mężczyznami na naradzie i nie wolno im było przeszkadzać.

W ten sposób zwiedziliśmy wyspę. Mamy tu jeszcze 2 dni. Są jeszcze jakieś szlaki do przejścia, ale nie wiemy czy damy radę. Jest strasznie gorąco, a wieczorami jak jest chłodniej to zawsze jest spora, choć krótka burza.

23.9.2017, Guam

Ostatni dzień na Marianach spędzamy nad morzem i basenie. Mimo tego, że nasmarowaliśmy się na maxa blokerem to i tak spaliłem ramiona na raka. Konrad miał specjalny strój przykrywający całe ciało, ale spalił trochę policzki. Dobrze, że mamy trochę leków na oparzenia więc przynoszą ulgę, ale dźwiganie plecaka foto i tak będzie już udręką. Na kolację idziemy znowu do lounge, gdzie dobre jedzenie, picie i alkohole mamy za darmo. Próbuję trochę Bruta i japońskich piw.

Następnego dnia rano jedziemy taksówką na lotnisko. To aż 30$, mimo, że jest to może z 15 km. To chyba jedyny zarobek taksiarzy na wyspie, a mnie dziwi, że Hyatt nie ma żadnego autobusu hotelowego. Pewnie są umówieni z mafią taksówkarską. Nasza odprawa przechodzi dość wolno, bo na polski paszport zrobili wielkie oczy. Musieli sprawdzić wymagania paszportowo-wizowe na Guam i Yap. Walizki oddajemy od razu na Yap, żeby nam nie przeszkadzały w naszym całodziennym zwiedzaniu Guamu. 8:40 wsiadamy w ATR42-500 United mieszczącego 48 osób i w 35 minut dolatujemy do Yap. Po drodze mijamy dwie pozostałe zamieszkane wyspy Marianów, czyli Tinian i Rota. Tinian jest dosłownie rzut beretem od Saipan i aż dziwne, że nie pływa tam żadna łódka.

Na Guam wypełniamy deklarację, ale odprawy paszportowej jako takiej nie ma. Idziemy od razu do Rent a Car Nissan, gdzie dostajemy Note Verso. Przed wyjazdem przygotowałem sobie mapkę z zaznaczonymi atrakcjami Guam, mamy jakieś 8h na zwiedzanie. Najpierw jedziemy koło stolicy do Two Lovers Point, gdzie wg legendy w przepaść skoczyła para, której rodzice nie pozwolili się pobrać. Jest tu wąska dziura w ziemi oraz piękny klif. Zrobili kawałek wybiegu i liczyli 3$ za wejście. Trochę to nie warte, ale widoczek na wyspę i ocean można zaliczyć. Kto nie chce zapłacić to obok jest restauracja, skąd też można coś pooglądać. Jedziemy dalej na Ritidian Point na północny kraniec wyspy. Ostatnie 15km jest w fatalnym stanie z mega dziurami. Jak dojechaliśmy to widać było kawałek klifu bez jakiegoś szczególnego wyrazu oraz plaże, gdzie miejscowi przyjeżdżali. Patelnia była jednak tak mocna, że nawet wyjść się nie chciało z klimatyzowanego samochodu. Wracamy więc do stolicy, gdzie widzieliśmy Micronesia Mall. Jemy tu obiad i spędzamy czas w sklepach do 14. Przy wyjściu, przebrani w pacyficzne stroje zespół taneczny dawał pokaz, więc zostaliśmy jeszcze pół godziny by obejrzeć. Bardzo fajne show, a panie kręciły tyłkami dużo lepiej niż arabskie odpowiedniki. Po południu pojechaliśmy na wschodnią stronę wyspy, gdzie też miały być punkty widokowe. Jednak nigdzie nie dało się dojechać, a do jakiejś jaskini zaznaczonej na mapie droga była tak zarośnięta, że nawet nie dało się przejść. Miejscowi też zrobili tu sobie nielegalne wysypisko starych telewizorów. Jedziemy zatem do Talofofo Falls, czyli wodospadów. Są one już na południu wyspy, ale przejazd zajmuje jedynie kilkanaście minut. Wstęp do wodospadów kosztuje aż 12$, no ale inwestujemy. W cenie wliczone jest kilka rzeczy. Najpierw bierzemy kolejkę wagonikową zjeżdżającą w dół do wodospadów. Wodospady składają się z dwóch kaskad. Każda na ok. 20 metrów szeroka i kilka metrów wysoka. Całkiem ładnie to wygląda, ale to max 10 minut zwiedzania. Był stąd kiedyś monorail do położonej 300m dalej jaskini, a raczej wykopu pewnego Japończyka, który myślał, że wojna się nie skończyła i mieszkał 28 lat w wykopanym przez siebie 3 metrowym rowie. Po wjechaniu z powrotem na górę, pan powiedział, że jest jeszcze jaskinia strachów, którą przeszedłem i jest mega tandetna. A na koniec jeszcze dookoła jeździ kolejka, która bym przysiągł, że jest już ze 40 lat nieczynna. Poprosiliśmy o przejażdżkę z myślą o Konradzie i okazało się, że jednak się ruszyła :-)

Ostatnia atrakcja to maciupki Fort Soledad, gdzie są 3 armaty i kilka murów oraz ładny widok na wybrzeże. Wracamy jeszcze na kolację do centrum i jedziemy na lotnisko. Zaliczamy jeszcze salonik United i o 19:50 odlatujemy na Yap.

21.9.2017, Saipan, Mariany Północne

O 8 rano odbiera mnie gościu z wypożyczalni i załatwiam formalności na lotnisku. Dostaję Yariska, z automatem oczywiście. Pakujemy się i jedziemy do Hyatt, ale tu mówią, że mają pełny hotel i dopiero po 13 mogą nas zameldować. Zostawiamy więc 2 duże walizki i jedziemy na zwiedzanie. Na pierwszy ogień idzie Forbidden Island. Ostatnie 2km jedziemy szutrową drogą i dojeżdżamy do morza. Tu myślałem, że będzie trekking na dół, ale jest tylko płot i punkt widokowy. Wyspa bardzo ładna, pionowe skały, tak samo jak klify właściwego wybrzeża. Rozczarowany jestem jednak trochę, że nie ma żadnego szlaku w dół.

Następnie wracamy się kawałek zobaczyć Old Man by the Sea. Także pionowa skała. Mijamy kilka razy znaki i nie widzimy szlaku. W końcu jakiś miejscowy mówi, gdzie poszukać dokładniej. Okazuje się, że drogowskaz zarósł, podobnie jak szlak. Z mapki wygląda na 15 minut spaceru. Przedzieramy się przez zarośniętą dżunglę, gdzie ścieżkę ledwo widać. Często trzeba się schylać, a na zejściach w dół i górę zamontowane są prymitywne liny. Widać, że dawno nikt tędy nie szedł. Po ok. 20 minutach doszliśmy na dół. Ocean jest tu bardzo niespokojny, a skała z boku faktycznie wygląda na człowieka z profilu. Spędzamy tu chwilę, ale jest mega gorąco, więc wracamy w las na ścieżkę. Nogi całe wybłociłem, a także ręce i głowę miałem w różnych liściach. Tak wróciliśmy do miasteczka by zjeść obiad. Wziąłem rybę i steka na jednym talerzu - Konrad zjadł rybę (bardzo dobra), a ja steka (podeszwa). Było już po 13 więc pojechaliśmy do hotelu. Pani mówi, że jest pokój i że mamy upgrade. Należy nam się też śniadanie i wejście do lounge na kolację między 17-19. A najlepsze jest to jak weszliśmy do pokoju. Znajduje się on obok wejścia do spa i ma z 50 m2. Wielkie łóżka, kanapy, akwarium, łazienka z wielką wanną, prysznic, a za drzwiami balkonowymi... ogród japoński! Coś pięknego. Oczywiście darmowe wody, kawy, herbaty, a także 2 piwa w lodówce. Taki apartament to pewnie z 600$ za dobę (standardowa cena zwykłego pokoju to 350$).

Zbieramy graty i jedziemy dalej na zwiedzanie. Najpierw oglądamy Bonzai Cliff, piękna sprawa, choć na pewno ładniej prezentuje się z morza. Potem ostatni punkt obronny Japończyków na wojnie z kilkoma pozostałościami przeciwpancernymi. Widać stąd też pięknie Suicide Cliff, gdzie wjeżdżamy samochodem i z góry podziwiamy widoki. Z dołu jednak ładniej. Kolejna atrakcja to Grotto. Schodzi się stromymi schodami w dół i schodzi się do groty wodnej, bardzo głębokiej. Pływają tu w kamizelkach i nurkują. Szkoda, że nie wzięliśmy strojów kąpielowych, bo miejsce jest rewelacyjne! Nie widać skąd woda dochodzi z oceanu, na pewno jakąś jaskinią, bo od strony oceanu jest po prostu pionowa skała.

Przedostatnia atrakcja to Bird Island, ale jest tylko punkt widokowy, a ptaków żadnych nie widać. Ładnie za to na pewno jest. 2 osoby mają drony więc mogą porobić ciekawe zdjęcia. Stąd jest 2 km droga szutrowa to jaskini. Pojechaliśmy, ale to była strata czasu. Przerost formy nad treścią, bo porobili dojścia drewniano-betonowe, podejścia dla osób niepełnosprawnych, a widoczek tylko jest na wejście do jaskini i potem zagrodzone. Resztę dnia spędzamy na basenie, a ja oddaję samochód.

Jutro tylko odpoczynek w Hyatt, a pojutrze rano jedziemy na Guam.

20.9.2017, Saipan, Mariany Północne

Ostatniego dnia w Szanghaju rano poszliśmy do pobliskiej świątyni Nefrytowego Buddy. Położona jest ona wśród wysokich bloczysków i niestety po wejściu do środka i zapłaceniu po 20 yuanów okazało się, że część wystaw jest w budowie. Świątynia jak świątynia, za bardzo nie różni się od innych które widzieliśmy, np. w Hangzhou. O 12 wymeldowaliśmy się i pojechaliśmy autobusem na lotnisko. Tu jemy obiad - wszystkie knajpy niestety bardzo drogie, a ja kompletnie nie skojarzyłem, że przecież mamy salonik. W saloniku oczywiście mnóstwo różnych woków z jedzeniem. W sumie lepiej, że zjedliśmy i było jedzenie w saloniku niż jakbyśmy nie zjedli i jedzenia by nie było.

Asiana na 1.5h trasie do Seulu oferuje pełny posiłek. Lecimy 200-osobowym Airbusem A321 i od razu czuć inne podejście Koreańczyków niż Chińczyków. W Seulu mieliśmy 50 minut na przesiadkę, ale niestety nasz lot był opóźniony, poszliśmy więc do saloniku Asiany, który też robi wrażenie, choć wybór jedzenia sporo mniejszy niż w Szanghaju. Pije 2 piwka, jem orzeszki i idziemy na taki sam samolot do Saipan. Lot trwał 4h, znowu pełny serwis, a nam udało się dotrzymać Konrada bez spania. Lądujemy o 2.10 nad ranem. Z tłumu ludzi wyłapują tych z ESTA i visa i idziemy do automatu, potem do oficera bez kolejki. Ciekawe na jakiej podstawie do USA wjeżdżają ci wszyscy Koreańczycy/Japończycy/Chińczycy, bo oni stali w mega długiej kolejce. Bagaż już na nas czekał, oraz kierowca z hotelu i przed 3 leżeliśmy już w łóżku.

Spaliśmy do 12, ale o 9 obudzili nas przynosząc jakieś śniadanie w pudełku. Dotknęliśmy to dopiero po umyciu się i było to śniadanie korean style - ryż, jajko sadzone, kimchi i kawałek wieprzowiny. Kawał syfu za 8$. Oczywiście zrezygnowałem na następny dzień z tego śniadania. Pokój mamy fajny, bo w sumie 2 (część sypialna i wypoczynkowa), ale główny powód naszego zatrzymania się tutaj to basen, który niestety jest tak brudny, że go zamknęli. Postanawiamy się zatem zbierać na plaże. Koreańczyk właściciel proponuje podwózkę za 10$ do Garapan, gdzie jest Hyatt. Po 2 nocach w obecnym hotelu będziemy tam spali 2 noce (utarg z moich punktów za podróże do Mumbaju).

Hyatt jest rewelacyjny. W sumie niezły kombinat, bo ma pewnie z kilkaset pokoi, ale infrastruktura jest super. Korzystamy z plaży, leżaków i pustego morza, bo jest tak gorąco, że nikogo nie ma. Smarujemy się jednak blokerami na maxa i idziemy się kąpać. Dość często słońce zachodzi za chmury i wtedy nie czuć tych 31 stopni. Bierzemy drinki, a potem obiad (nie jest wcale tak drogo, np. pizza 12$, burger 15$, nuggetsy dla Konrada za 8$) i siedzimy do wieczora. Pół godziny przed zmrokiem dopiero sporo Azjatów wychodzi z klimatyzowanych pokojów i idzie się kąpać. Jak tylko zrobiło się ciemno to wszyscy zniknęli. Dziwny rodzaj wakacji ;).

Jutro przenosimy się tutaj na 2 noce oraz wynajmujemy samochód. Toyota Rent a Car była tak miła, że odbierze mnie z obecnego hotelu i na lotnisku załatwimy formalności. Wjazd na parking lotniskowy kosztuje 20$, więc taksówki do/z lotniska biorą 30$, a jest to 3km.

18.9.2017, Szanghaj

Dzień drugi w Szanghaju zaczynamy bardzo późno, bo dopiero o 11.30 się obudziliśmy, a właściwie to obudziła nas obsługa hotelu bo chciała nam posprzątać pokój. Wytaczamy się godzinę później i po śniadaniu jedziemy na Bund, czyli główną atrakcję Szanghaju - widok na skyline Pudong znad rzeki. Wieżowce i budynki robią spore wrażenie, ale upał szybko nas wykańcza, bo dziś jest aż 33 stopnie. Chowamy się więc po cieniach i idziemy trochę wzdłuż wybrzeża. Dochodzimy po jakimś czasie do ogrodów Yuyuan, które z ogrodami nie mają nic wspólnego. Jest to jedno wielkie targowisko pośród starej chińskiej architektury. Ludzi jest po prostu mega zatrzęsienie. Trochę zwiedzamy, fajna jest tu świątynia oraz... rybki pływające w rzeczkach. Młody ma atrakcje. Jemy coś na miejscu w jednym z food courtów, ale zdenerwowany jestem na oszustwo. Podają np. cenę za 3 kawałki, a na talerzu do brania jest zawsze 6. Potem przy kasie niespodzianka, bo każdy myśli, że cena była za to co na talerzu.

Wsiadamy w metro i podjeżdżamy do French Concession, czyli Xintiandi. Widać, że to bogatsza dzielnica, architektura ceglasta, dużo drogich sklepików i knajp. Chciałem wejść na piwo do jednej knajpy, ale ceny zaczynały się od 30 zł za piwo, więc zrezygnowaliśmy. Była już 17, Konrad miał trochę dość, ale usłyszał, że ja chciałem jechać pooglądać zachód słońca i światełka na Bund i pojechaliśmy wszyscy. Ciemno tu się robi o 18, bo Chiny mają tylko jedną strefę czasową. Faktycznie wieżowce świecą się wszystkimi kolorami i robią wrażenie. Jest to zdecydowanie najlepszy widok w Szanghaju. Usatysfakcjonowali wracamy do hotelu. W metrze jest totalny potok ludzi, do tego te względy bezpieczeństwa, o które chyba w dzisiejszych czasach nie można mieć pretensji, mianowicie każdy plecak musi być prześwietlony zanim wejdziemy na peron. To samo było na stacji kolejowej i pewnie będzie na lotnisku przy wejściu. Jutro może jeszcze jakiś spacer i o 16.20 mamy odlot na Mariany przez Seul.

Archiwum
2017 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil