3.5.2018, Apulia, Włochy

Następnego dnia rano wracamy do Alberobello i tym razem udaje się obejrzeć domki bez turystów. Prawie wszystko jest zamknięte i tylko miejscowi sprzątają tu i tam. Teraz naprawdę widać super klimat tego miejsca. Po godzinie zbieramy się do pobliskiego Locorotondo. Tutaj jest trochę inaczej, ale podobnie jak w inych małych białych włoskich miasteczkach. Najlepiej widać miejscowość za skarpą z daleka, gdzie oczywiście jedziemy zrobić zdjęcie.

Następna w planie jest Matera. Jedziemy sporo po słabych drogach i docieramy na miejsce po 11. Schodzimy po schodkach w dół i wychodzimy na taras widokowy, gdzie szczęka opada nam do ziemi. Matera to starożytne miasto wykute w skałach, gdzie tylko fasady budynków są murowane. Ludzie osiedlili się tu już w X w. pne. Miasto wygląda położone jakby w kalderze wulkanu. Chodzimy po domostwach (niektóre ciągle zamieszkane), po schodach, kościołach i jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Wąwóz za miastem robi równie świetne wrażenie. Dla mnie to miasto to klasa światowa, ale może nie jest aż tak znane, bo we Włoszech jest przecież tyle pięknych miejsc.

Dzieciaki tak przegoniliśmy po Materze, że już nie miały siły na Almaturę i pojechaliśmy prosto na nocleg w Corato. Wieczorem jeszcze przeszliśmy się po niedalekim Trani i kolejnego dnia w deszczu pojechaliśmy na lotnisko.

Zazdroszczę Włochom ich zabytków, pięknych miejsc, super jedzenia, kawy, wina i pewnie jeszcze by wymieniać :-)

1.5.2018, Apulia, Włochy

Jedziemy następnie do Polignano, które słynie z wąwozu szerokiego na kilkanaście metrów i pionowych skał. Plaża jest mega zawalona ludźmi i ogólnie miejsce bardzo turystyczne, szczególnie, że dziś święto. Kręcimy się trochę, moczymy nogi i jemy obiad. Ruszamy następnie do Monopoli, gdzie jeździmy z 15 minut zanim udało się zaparkować. Tu jest piękny port z murami nad samym morzem. Stonka ludzi, więc ciężko coś pozwiedzać, ale jest ładnie. W spokojniejszej atmosferze na pewno zrobi lepsze wrażenie. Na koniec dnia jedziemy do Alberobello, słynnego z domków Trulli - kamienne dachy w kształcie stożka. Najpierw po drodze meldujemy się w naszym hotelu, gdzie śpimy właśnie w jednym z takich historycznych domków. W Alberobello ukazuje się nam cała wioska z tymi domami i wyglądają fantastycznie. Cepelia ogromna, ludzi ogrom, ale i tak jest super! Kręcimy się do wieczora, jemy typowe włoskie jedzenie i wracamy na nocleg.

30.3.2018, Buenos Aires

Ze statku schodzę pierwszy. Strasznie miałem już dość tej puszki. Wschód słońca nad Ushuaia na zawsze zostanie w pamięci. Idę szybko zostawić graty do hotelu i łapię busa do parku narodowego Tierra del Fuego. Drogo, bo 500 pesos i kolejne 350 za wejście do parku. Przeszedłem z 10 km po różnych szlakach. Fantastyczne góry, roślinność jesienna w wielu kolorach, jeziorka i ptaki. Bardzo mi się tu podobało. Miałem jeszcze wejść na jedną górę, ale po 10 dniach prawie bezruchu, ciężko mi było i wróciłem do miasta. Następnego dnia rano pochodziłem jeszcze po mieścinie i o 13.20 wyleciałem do Buenos.

Udało mi się zmienić bilet by wylecieć następnego dnia. Pierwotnie miałem jeszcze jechać przez Urugwaj, ale zmiany rozkładowe pokrzyżowały plany. Miałem 4h na Buenos i ciężko mi było to zapełnić. Miasto jest mega brudne, wszędzie śmieci, psie kupy, śpiący bezdomni, itp. Plaza de Mayo zagrodzony i w remoncie, tak samo jak okoliczne zabytki. Nie lubię dużych miast, więc z ulgą zabrałem się i uberem dojechałem na lotnisko. Salonik Star Alliance jest klasa i prysznic stawia mnie na nogi. Za 2h odlot do Frankfurtu.

27.3.2018, Antarktyda dzień 9

Wieczorem przed grillem, nasz expedition leader, niestety nie miał dobrych wiadomości. Idzie duży sztorm od Pacyfiku i jeżeli będziemy płynąć zgodnie z planem to drugiego dnia na cieśninie Drake uderzy w nas z siłą 10-12 w skali Beauforta. Podjęli więc z kapitanem decyzję, że wracamy dzień wcześniej by uniknąć problemów. Na 6 dzień proponują Deception Island i Half Moon Island na Szetlandach Południowych.

Gdy dopłynęliśmy do Deception Island, mieliśmy fantastyczną pogodę. Wyspa znana jest z tego, że ma kształt litery C, takiej bardziej zamkniętej i w środku jest duża zatoka. Tak naprawdę jest to aktywny wulkan z kalderą pod wodą. Bardzo podobnie wygląda to na Santorini. Wyspa była też siedzibą wielorybników. Są tu pozostałości po ich bazach – domki i zbiorniki na wielorybi olej. Jest też duża populacja fok. Spędzamy na wyspie prawie 3 godziny i jest tu naprawdę przepięknie. Wspinamy się do okna Neptuna, a także robię sesję fokom. Znalazło się też kilka pingwinów, w tym jeden z gatunku, którego jeszcze nie widziałem.

Później płyniemy w stronę Half Moon Island, gdzie jest wielka kolonia tych pingwinów. Niestety pogoda wyraźnie się psuje i jak mamy pakować się na zodiaki to na wodzie pojawił się szkwał. Czekamy pół godziny i niestety znowu odwołują lądowanie. Jestem trochę rozczarowany, bo nie było tak źle, ale oni w ogóle nie chcą ryzykować. Mieliśmy zatem tylko 3 lądowania, z czego tylko 1 na kontynencie. Taki jest niestety efekt płynięcia na koniec sezonu.

Potem znowu płyniemy Cieśniną Drake i sporo buja, pada też deszcz. Wczoraj w południe wziąłem już plaster, więc udało się nie chorować. Pierwszy dzień na cieśninie był ciężki, ale drugi już w miarę spoko, chociaż i tak bujało. Ostatni dzień popłynęliśmy do wyspy Staten, która jest obok wejścia do kanału Beagle. Przy śniadaniu krzyknęli przez megafon, że widać orki. Zerwałem się na równe nogi, pobiegłem po aparat i jeszcze udało mi się uchwycić. Potem jeszcze widziałem delfiny, ale nie miałem przy sobie aparatu. Kapitan generalnie płynął ok. kilometra od brzegu, więc nic ciekawego na brzegu nie było widać, choć ponoć jakaś kolonia pingwinów była. Ogólnie bardzo rozczarowujące to było, że tak nam okroili ten rejs. Jutro rano wysiadka w Ushuaia.

24.3.2018, Antarktyda dzień 5

Pobudka rano na wschód słońca, ale niestety dziś jest bardzo pochmurno i słońce się nie przebija. Wracam więc na śniadanie i czekamy na polepszenie pogody. Lekko się poprawiło i jako jeden z pierwszych stawiam stopę na właściwej Antarktydzie, przy Neko Harbour. Jest sobie kilkadziesiąt pingwinów, a obok leży foka :). Przy tej zatoce znajduje się kilka lodowców schodzących bezpośrednio do morza i widać jak z ich pionowych ścian odrywają się góry lodowe. Widoki, mimo dość mglistej pogody są super. Spędzam trochę czasu z pingwinami i czekam aż jeden z przewodników sprawdzi drogę na górę. Wiatr sporo przeszkadzał, ale w końcu udało się wejść ze 200 metrów w pionie. Po drugiej stronie zatoki na wyspy zaczęło świecić słońce. Widok totalnie spektakularny, bo mamy ocean z wielkimi i bardzo licznymi górami lodowymi, wysokie pionowe góry wystrzelone prosto z oceanu i lodowce schodzące do wody. Dla mnie totalny kosmos. Rozumiem ludzi, którzy zakochują się w Antarktydzie i wracają tu wiele razy. Jeden Holender mówił, że jest już piąty raz.

Jak już postrzelam trochę fotek to po prostu siadam na pupie na śniegu i podziwiam widoki. Wiatr czy śnieg mi w niczym nie przeszkadza. Te 114 pasażerów też się porozchodziło, więc można mieć czas dla siebie i wpatrzeć i wsłuchać w tę dzicz prawdziwej natury. Po 2.5h wracamy na pokład.

Po lunchu dopłynęliśmy do Paradise Bay. Obok jest tu stacja chilijska i argentyńska, ale obie już zamknięte. Do tej pory nie widzieliśmy żadnych innych ludzi czy statków, więc mamy wrażenie bycia totalnie sami tutaj. Kilka osób, w tym szef ekspedycji, jak zwykle wypływają jednym zodiakiem i sprawdzają teren. Po pół godzinie niestety nie mają dobrych wiadomości, bo jest taki wiatr i fale, że trzeba by było skakać po kolana i to byłoby niebezpieczne dla mniej sprawnych pasażerów (choć nikt tego oficjalnie nie powie). W zamian za lądowanie, oferują godzinną przejażdżkę zodiakami po zatoce. Wiatr wieje mocny, sypie śnieg, który rani twarz. Nigdzie mi nie jest zimno oprócz twarzy. Dookoła zatoki są wysokie szczyty, ale tylko kawałek ich przebija przez chmury. Jest też kilka lodowców z każdej strony, które popękane robią ekstra wrażenie. Z powodu tego popękania jednak nie możemy podpłynąć zbyt blisko, bo jak góra lodowa się oderwie to będzie wielki splash, fala i mogą fruwać odłamki lodu, które ranią. Po godzinie pływania po tych falach i w tych warunkach wykończeni pakujemy się na statek. Dziś wieczorem planowany jest grill na zewnątrz. Takie rzeczy się robi na Antarktydzie :-).

Archiwum
2018 5 4 3 2 1 2017 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2018 Piotr Wasil