22.6.2017, Chicago

Do Chicago poleciałem tym razem sam na software development planning. Pomyślałem zatem, że połącze przyjemne z pożytecznym. Do utrzymania statusu Star Alliance Gold w United, a co za tym idzie wstępu do saloników, pootrzebuję co roku 4 segmentów przelecianych samolotami United. Od tego roku firma płaci za przeloty międzykontynentalne w Premium Economy, a wiadomo, że produkt LOT jest w tym najlepszy. Poprzednie 2 razy w Chicago byłem zatem na pokładach LOT, tym bardziej, że cena za Premium Economy była bardzo dobra. Jednak z okazji zbliżającego się lata, ceny lotów do USA (i nie tylko) idą sporo w górę i bezpośredni LOT kosztował aż 7900. Szkoda było wydać tyle kasy, więc pomyślałem, że polecę tak, aby zdobyć 4 segmenty United. Udało się wybrać przelot przez Brukselę i Nowy Jork za 4100, oszczędzić trochę kasy dla firmy, a w United i tak mam darmowy upgrade to Premium Economy, który jednak nie umywa się do produktu LOT.

Stawiłem się na Okęciu o 5.30 rano, zjadłem wyśmienite śniadanie w saloniku i wszedłem na pokład w pełni zapakowanego Brussels Airlines. Odlot i przylot o czasie i tyle można powiedzieć, bo Brussels nie daje nawet darmowej wody. Napiłem się i przekąsiłem coś w saloniku w Brukseli i wsiadłem do Boeinga 777 United w pierwszym rzędzie za klasą biznes przy wyjściu awaryjnym. Miałem mnóstwo miejsca na nogi, ale niestety małżeństwo z niemowlakiem obok siebie. Od razu przepraszali ze względu na dziecko, ale powiedziałem, że nie ma dlaczego przepraszać. Zresztą dziecko przez długość lotu było całkiem spokojne. Na przesiadkę w Newark miałem tylko godzinę, ale na szczęście kolejki do immigration nie było. Dość szybko przeszedłem, ale zaraz za oficerem był drugi, który oglądał paszport i dopytywał. Zobaczył w moim paszporcie pieczątki Kataru, no i się zaczęło. Wiadomo, że Katar teraz jest mało popularny, odkąd x krajów arabskich zerwało stosunki dyplomatyczne. Zapytał czy byłem jeszcze gdzieś na Bliskim Wschodzie. Powiedziałem, że ostatniej zimy w Omanie. Wpisał TTRT na karcie imigracyjnej i oddał paszport mówiąc, że wkrótce się zobaczymy. Poszedłem do ostatniej kontoli bagażowej i tam mnie odesłali na bok. Siedziałem 30 minut aż znowu ten sam oficer się pojawił i zaczęło się przepytywanie. Po co byłem w Omanie, w jakich miejscach, czy kogoś tam znam, podać adres domowy, mailowy, telefon, itp. W końcu jednak mnie puścił, a ja biegiem do samolotu. Po drodze oczywiście kolejna kontrola osobista, ale udało mi się dobiec jak już wszyscy weszli na pokład. Znowu miałem miejsce przy wyjściu awaryjnym w odnowionym Boeingu 757. 2h do Chicago minęło szybciutko i dojechałem do hotelu wcale nie bardziej zmęczony od bezpośredniego przelotu LOT.

Dziś postanowiłem odwiedzić steak house. Trochę już ich w Chicago zwiedziłem i wybrałem tym razem Kinzie Chophouse w średnim pułapie cenowym. Zawsze mnie zadziwiał serwis w takich restauracjach i dzisiaj się dokładnie przypatrzyłem będąc sam. Wchodzi się za drzwi i najpierw rozmawia z gościem, który sprawdza rezerwację. On zaprowadza pod stolik. Potem przychodzi następny gość i nalewa kranówy z lodem do szklanki (nic nie mówiąc). Następnie przychodzi kelner i rozpoczyna dowcipną gadkę i przynosi menu. Często w steak housach, przychodzi też z talerzem surowych steaków i pokazuje który to który z menu i opisuje - dość efektownie to wygląda. Następnie zamawiam piwo i po chwili je dostaję od tego samego kelnera. W międzyczasie przychodzi jeszcze inny koleś i przynosi chleb z masełkiem. Jak stek jest już gotowy to przynoszony jest przez jeszcze innego kolesia (przy stoliku z wieloma osobami ten człowiek dokładnie wie co komu podać i nigdy się nie pyta co było dla kogo). W połowie konsumpcji główny kelner pyta czy wszystko ok. Mój steak był fantastyczny, więc go pochwaliłem. Jak kończyło się piwo to kelner zapytał o następne. Gościu, który podawał jedzenie, sprzątał potem ze stołu. Znów główny kelner pytał czy chcę deser. Wziąłem czastko pistacjowe, które zostało zarekomendowane jako excellent choice i takim też było. Jak już zjadłem wszystko to kelner sam przyniósł rachunek, nie czekając aż sam o niego zapytam. 75$ za jedzenie + 10$ napiwku poszło na konto firmy, a ja w pełni usatysfakcjonowany wróciłem do hotelu :-)

19.6.2017, Bieszczady

W Essen poszliśmy coś pozwiedzać, mianowicie zamknięte kopalnie i koksownię. Czułem się jak na Śląsku, ale wszystko było już praktycznie odnowione. Teren spory i w środku była świetna restauracja :-)

O 22:30 dojechałem do domu, a z samego rana już się zebraliśmy w Bieszczady zostawiając młodego po drodze u teściów. Rezerwowaliśmy w ostatniej chwili i jak to zwykle wiadomo w takich przypadkach - bierze się co jest. Ale po kolei - najpierw pojechaliśmy do Łańcuta. Monika nigdy tam nie była, a ja jeszcze we wczesnych latach podstawówki. Zamek niestety był otwarty dopiero od 14, więc mogliśmy pooglądać z zewnątrz oraz wspaniałe ogrody - robi to wrażenie i w sumie szkoda, że nie udało się nic w środku zobaczyć, ale nie chciało nam się czekać. Ruszyliśmy zatem w stronę Przemyśla. Miasto również bardzo ładne, stoi kościołami. Pospacerowaliśmy po mieście i poszliśmy na wzgórze zamkowe. Tutaj też zamknięte - nikt nie pracuje w Boże Ciało. Pojechaliśmy zatem wzdłuż granicy do Ustrzyk Dolnych, gdzie mieliśmy nocleg. W sumie całkiem ok, dwa pokoje, ładne wnętrza mimo, że dom stary. Niestety kawał drogi na szlaki.

W piątek wstajemy o 6, kupujemy coś na kanapki i jedziemy do Ustrzyk Górnych. O 8 byliśmy już na szlaku na Tarnicę. Pogoda była piękna, a my pocimy się w podejściu na górę. W niecałe 2h byliśmy na szczycie, skąd rozpościerał się piękny widok na okolice. Nie dziwie się, że wszyscy mówią jakie Bieszczady ładne są. Ruszyliśmy dalej na Bukowe Berdo. Weszliśmy tylko na przełęcz i zeszliśmy bo na popołudnie zapowiadano deszcze i nie chcieliśmy utknąć w górach. Zeszliśmy w dół i poszliśmy w stronę Krzemienia i Halicza. Na szczycie tego ostatniego zrobiliśmy chwilę przerwy pośród sporej grupki osób i podreptaliśmy dalej do Rozsypańca. Widoki super... Z Rozsypańca już szybko na dół i ostatnie 8 km drogą do samochodu w Wołosatem. Tutaj zaczęło trochę kropić, więc udało nam się wyjść z gór zawczasu.

W sobotę od rana padało. Niespiesznie zbieraliśmy się i pojechaliśmy nad Solinę. Tu, mimo mżawki spacerujemy po kramach i zaporze. Podjechaliśmy jeszcze do Polańczyka zobaczyć jak wygląda po 20 latach. Jako, że pogoda była kiepska to pojechaliśmy do Sanoka. Dużo tu nie ma do zobaczenia, ale jest fajny ryneczek i zjedliśmy wczesny obiad. Wyszło słońce, więc postanowiliśmy wracać w góry. Dojechaliśmy do Wetliny i było jeszcze ok, więc ruszyliśmy z przełęczy na Połoninę Wetlińską. Laskiem był piękny szlak, ale po wyjściu z linii lasu widać było tylko chmury. Doszliśmy w deszczu do schroniska Chatka Puchatka i tam przy herbacie postanowiliśmy jednak wracać, bo w ogóle nic nie było widać. Szkoda tej połoniny. Niedziela to tylko powrót. Mieliśmy jeszcze wstąpić do Rzeszowa, ale pogoda była kiepska.

A we wtorek lecę po raz kolejny do Chicago.

12.6.2017, Essen, Niemcy

Po powrocie z Armenii byłem jeszcze w Chicago, ale wyjazd jak zwykle bez historii. Miałem być jeszcze w Eindhoven, Paryżu oraz Atenach w maju, ale udało mi się nie jechać. O dziwo mam już trochę dość tych podróży służbowych i latanie 6 tygodni z rzędu jednak jest sporo męczące. Dziś za to jestem na 3 dni w Essen spotkać się z szefem i porozmawiać o strategii na najbliższe kilka lat. A we wtorek lecę znowu do Chicago.

Ostatnie kilka dni walczyłem z przelotami wakacyjnymi. Lecimy na Mariany, Guam, Yap i Tajwan i niestety lot z Guam na Tajwan został odwołany. Nic sensownego nie widziałem by dolecieć na Tajwan, więc zdecydowałem się już skasować ten lot, dołożyć mil i polecieć jeszcze na Pohnpei, Kosrae i Majuro. Gdy dziś zadzwoniłem by skasować bilet, to znaleźli jednak lot przez Manilę na Tajwan, więc już tak to zostawiłem. Strona United nie pokazywała tego połączenia w ogóle, zresztą Filipiny to inny region i są droższe loty milowo. Czas teraz załatwić noclegi i samochody by objeździć wyspy.

2.5.2017, Erewań, Armenia

Budzimy się dość wcześnie, bo dziś mamy dużo drogi do zrobienia. Najpierw jedziemy pod kolejkę linową Wings of Tatev, żeby dojechać pod monastyr Tatev. Pakujemy się w jakąś krótszą, ale strasznie dziurawą drogę i znowu kilka razy przycieram podłożem. Pod kolejką jesteśmy o 8:45, ale otwierają ją dopiero o 10. Jedziemy zatem na dół serpentynami. Widoki na wąwóz kosmiczne. Zjeżdżamy szybko na sam dół i tam chodzimy chwilę w dole wąwozu. Pod górkę niestety droga jest szutrowa. Chyba nie opłaca im się budować drogi, bo nie byłoby klientów na kolejkę. Dojeżdżamy w końcu pod klasztor, którego mury są w remoncie. Na szczęście środek i sam kościół nie ma żadnych rusztowań czy robotników, więc możemy prawie sami sobie pozwiedzać. Miejsce jest bardzo ładnie położone, niedaleko ośnieżone szczyty, wodospad, no i ten wąwóz. Sam kościół, jak to inne w Armenii, zrobione z kamieni i dość surowe. Jednak ich wiek i stan zachowania robią wrażenie.

Dochodzi 10, więc idziemy na kolejkę. Jest ona prawie nowa i bilety dla nas wszystkich w 2 strony kosztują ok. 80 złotych (można płacić kartą). Jedziemy w naszym wagoniku sami i podziwiamy fantastyczne widoki z góry. Zabieramy się od razu z powrotem, ale już są mega tłumy.

Czeka nas długa, na ponad 200 km droga do Erewania. Stan dróg jest tak fatalny, że jedzie się wiele godzin. Ilość dziur, zakrętów jest zatrważająca. Mieliśmy jeszcze wstąpić po drodze do monastiru Noravank, ale spieszyliśmy się na Khor Virap, bo pogoda była coraz gorsza, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć ten monastir na tle Araratu. Dojechaliśmy tam po 15 i już górę ledwo było widać. Khor Virap nie odróżnia się zbyt wiele od innych monastirów, więc nie ma co tu dużo pisać. Wspinamy się jeszcze na górę i obserwujemy okolicę.

Wracając drogą dwujezdniową do Erewania było kilka mostów w budowie i ograniczenie do 20, którego oczywiście nikt nie przestrzegał. Ja niestety miałem pecha, bo policja mnie z tyłu nagrywała. Powiedzieli, że jechałem 65/20 i mandat 100k (ok. 800zł). Dogadałem się na łapówkę za 8k (ok. 50 zł). Sami proponowali - ja jestem gość i ja mówię ile mogę zapłacić. Zaczęli straszyć, że zabiorą prawko i oddadzą dopiero jak mandat zapłacę, a jutro rano wylot. Cóż, i tak tanio się wykpiłem. W Erewaniu wpadamy jeszcze na wesołe miasteczko i kolację i meldujemy się w hotelu. Pobudka w nocy i 4:40 wylot.

1.5.2017, Goris, Armenia

Śniadanie w hotelu serwowali dopiero od 9, także dopiero o 10 ruszyliśmy dalej. Z drzwi hotelu roztaczał się piękny widok na Ararat, ale do monastyru Khor Virap będziemy jechali dopiero ostatniego dnia. My ruszamy nad jezioro Sewan, do miejscowości o tej samej nazwie. Prowadzi tam droga dwujezdniowa, więc dość szybko dojeżdżamy. Niestety pogoda się trochę psuje i słońce zachodzi za chmury. Na półwyspie, jest tutaj klasztor Sevanank, gdzie odbywa się akurat nabożeństwo. Obok jest chyba jeszcze starszy monastyr, ale niestety zamknięty. Oba + widoki na okoliczne ośnieżone szczyty i jezioro naprawdę robią super wrażenie.

Jedziemy dalej do miejscowości Noratus, gdzie znajduje się bardzo stary cmentarz. Chowali tam ludzi już od IX wieku. Jest też nowsza część. Zdobnictwo kamieni jest bardzo ładne i całkiem nieźle się zachowało.

Jadąc i jadąc przez góry i kiepskie drogi, dojeżdżamy do końcu do Vayk, gdzie mamy świetny hotel na wzgórzu z super widokiem na dolinę i miasto. Konrad jeszcze trochę się bawi z dziećmi pod jednym z blokowisk, a my stanowimy dla wszystkich nie lada atrakcję. Chodząc pomiędzy blokami obserwuję życie mieszkańców. Bloczyska są niesamowicie brzydkie (nasza wielka płyta przy tym to szczyt estetyki). Balkonów nie ma, ale wszyscy mają kręcone sznurki na bieliznę. Także anteny satelitarne. Ktoś naprawia starą Ładę, która ciągle stanowi tutaj główny środek lokomocji. U nas się już takich nie widzi.

Dzisiaj pojechaliśmy dalej na wschód do Goris. Najpierw jednak zatrzymujemy się w Szakach, gdzie jest wodospad. Jak tam podeszliśmy to ledwo co spływała woda. Posiedzieliśmy z 10 minut i nagle jakby ktoś otworzył tamę. Woda mało nas nie zalała i uciekaliśmy w popłochach. Z daleka wtedy już było pięknie widać spadającą wodę. Do Goris, mimo, że jest blisko, jechaliśmy bardzo długo. Takich dziur w drodze już dawno nie widziałem i często slalomy w ogóle nie pomagały i kilka razy z hukiem wpadłem w dziurę. Oby ten samochód dojechał do końca... W Goris zameldowaliśmy się w hotelu i pojechaliśmy zaraz do Khdzoersk, gdzie cały kanion jest usiany jaskiniami i kiedyś było tu miasto. Jest też bardzo stary kościół. Ogólnie rewelacja. Na drugą stronę kanionu prowadzi wiszący most. Pochodziliśmy trochę i wróciliśmy do Goris na wesołe miasteczko dla Konradka. Jutro przez Tatev i Khor Virap wracamy do Erewania.

Archiwum
2017 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil