11.1.2017, Pacyfik!
Ah, czaiłem się na wyspy Pacyfiku od jakiegoś roku, gdy zobaczyłem, że wykorzystanie mil United jest tam za czapkę gruszek. W wczorajszej promocji Qatara do Szanghaju zdecydowaliśmy się kupić bilety na drugą połowę września po 1200 od osoby i szukałem co tu dalej wymyślić. W planie była Australia, Filipiny, Japonia, ale stanęło na okolicach Szanghaju, Marianach Północnych, Guam, Yap i Tajwanie! Tylko 45k mil od osoby i 46$ opłat. Suuuper sprawa. Minus taki, że Monika i Konrad muszą wyrobić wizę do USA, ale ta na pewno się przyda w najbliższych latach, choćby na Alaskę czy Hawaje :)
28.12.2016, Sur i Muscat, Oman

Przed 8 byłem już w samochodzie bo dziś było do przejechania ponad 400 kilometrów. Po około setce zatrzymałem się na kawę w jednym z licznych coffee shopów. Poprosiłem o czarną kawę, a pan wyciągnął Nescafe i zrobił mi rozpuszczalną. Coffee shop to chyba nazwa dla zmyły. Obok była myjnia ręczna, a po wczorajszych wyczynach po szutrze mój samochód był cały w pyle. Ponoć w Omanie można dostać mandat za jazdę brudnym samochodem. Nadarzyła się okazja, więc wstawiłem do myjni, a sam poszedłem do bankomatu po kasę. Gdy bankomat miał wydawać pieniądze, pojawił się napis Abnormal Termination i bankomat zgasł, a w nim moja karta. "Niezłe haluny" sobie myślę. Poczekałem z minutę-dwie i nic. W głowie zaczął się roić plan B i C, co tu zrobić jak karty nie odzyskam. Postanawiam iść na pobliską stację benzynową, niech dzwonią do banku. Jak zrobiłem dwa kroki to usłyszałem, że bankomat ruszył i oddał mi kartę. Uff! Spa dla samochodu to tylko 1 rial. Myją nawet opony, a w środku dali mi jakiś odświeżacz by mi się lepiej jechało ;-)

Dojeżdżam do miejscowości słynącej z mojego nazwiska (Al Wasil) i odbijam tu w bok ok. 10 km zobaczyć piaszczyste wydmy. Widać je kilka kilometrów od głównej drogi i robią niezłe wrażenie.

Po 350 kilometrach dotarłem w Wadi Bani Khalid, czyli pierwszego na mojej trasie wąwozu z naturalnymi basenami. Widać, że to duża atrakcja, bo stało zaparkowanych ze 30 samochodów, a po dojściu na miejsce sporo ludzi się kąpało. Najpierw jest spore rozlewisko. Są znaki o pływaniu na własną odpowiedzialność. Baseny mają do kilku metrów głębokości, a co głupsi skaczą z mostku i skał. Idę w głąb kanionu. Jest szlak. Można iść dołem, czyli płynąć po wodzie, albo iść górą. Dalej jest jeszcze kilka mniejszych basenów, gdzie dociera już mniej osób. Ze skał co jakiś czas wiszą łańcuchy oraz koła ratunkowe, jakby ktoś miał problem. W okolicach jaskini, woda nagle się urywa (wypływa gdzieś spod ziemi). Do jaskini nie wchodzę, bo wejście jest wąskie i ciężko byłoby mi się zmieścić z plecakiem, poza tym nie mam latarki. Ponoć w środku jest kolejny naturalny basen do pływania. Jeszcze ostatni rzut oka na dolinę i jadę do Sur na nocleg.

W Sur miałem podły nocleg. Miałem tu zostać 3 noce i zobaczyć okolice. Planowane to było na odpoczynek nad morzem z dzieciakiem, a będąc samemu wiadomo jak to jest... Z rana idę więc oglądać miasto. Jest 8 rano i atmosfera bardzo senna. Robię sobie spacerek w okolicach mostu i zatoki rybackiej. Ładnie. Ale po 2h obszedłem wszystko i nie było co robić. Podjechałem jeszcze pod twierdzę, ale trochę mała widząc poprzednie.

Wracam więc do mojej nory i wynurzam się dopiero po 14. Plan jest taki by pojechać do Ras Al Jinz zobaczyć żółwie. Wiem, że wycieczki są dopiero po 20 wieczorem. W Ras al Hadd na plaży nic się nie dzieje. Siedzę tu do 17 i postanawiam podjechać do tego ośrodka w Ras al Jinz. Okazuje się, że tam jest hotel i goście hotelowi zajęli wszystkie miejsca na wieczorne poszukiwanie żółwi. Nie chcieli mnie jedynego wcisnąć. Gościu mówi, żebym wrócił się na publiczną plażę i tam spróbował. Eh. Wracam do Ras al Hadd i o zachodzie słońca spaceruję po plaży. Jest kilka ryb wyrzuconych przez morze i dalej leży coś wielkiego. Podchodzę, a to około metrowy żółw przewrócony do góry nogami. Nie żyje już chyba z kilka dni. Ciekawe czy tak go morze wyrzuciło czy też przewrócił się na plecy i tak umarł. Mam nadzieje, że nie to ostatnie. Słońce zaszło i postanowiłem poczekać. Księżyca nie było, więc było totalnie ciemno. Czekałem i spacerowałem 1.5h, ale przy tych ciemnościach i bez latarki nie miało to sensu. A może szukałem wymówki, bo nie chciało mi się dłużej tu siedzieć.

Zmieniam trochę plan, wymeldowuję się z hotelu dzień wcześniej i jadę przez Wadi Tiwi, Wadi Shah do Muscatu zamiast wracać do Sur. Jadę najpierw do Wadi Tiwi. Niedawno zrobili tam drogę betonową. W wąwozie jestem sam, ale jest tu wioska i sporo miejscowych. Jadę ile się da samochodem, a potem idę spacerem. Jest trochę wody, ale przede wszystkim wrażenie robią pionowe skały wąwozu. Wszystko oświetla poranne słońce i wygląda naprawdę ładnie.

5 km stąd jest Wadi Shab. Ten jest już bardzo popularny. Stoi już ze 20 samochodów, a miejscowi łódkami przewożą na drugą stronę rzeki za 1 rial w obie strony. Tu jest jeszcze ciekawiej. Szlak ma 45 minut i jest dość wymagający, w sensie, że idzie się po dużych kamieniach. Widoki jednak wynagradzają wszystkie trudy. Czas na Muscat. Nową dwupasmówką droga szybko schodzi. Jadę od razu na souq w Mutrah. Ogólnie jest tu bardzo ładnie, a na targu kupuję wielbłąda. Jadę do Holiday Inn z 50 kilometrów. Duże to miasto jest. Na miejscu niespodzianka - upgrade do suite, więc mam 2 pokoje. Suuper. Dodatkowo jest jeszcze jakaś loteria i dokładają punkty. Dobrze spalone 20k z IHG.

25.12.2016, Bahla, Oman

Dzisiaj dzień "fortowy", bo do zobaczenia mam 3 forty. Po wczorajszych 3, to będzie razem 6, więc na pewno będę już "ufortowany". Z Holiday Inna zbieram się dość późno. Śniadanie w hotelu to aż 80zł, więc konsumuję darmową wielką miskę owoców i słodkości, które dostałem wieczorem w podziękowaniu za status. Zostało jeszcze na dziś wieczór ;-)

Pierwszy cel to Nizwa, jakieś 120 km od Muscatu. Jedzie się piękną autostradą na Salalah (znaki Salalah 1000 km nie pozostawiają wątpliwości, że tam nie pojadę). Znowu mamy fotoradary co 2 kilometry, ale jeden gościu merolem postanowił to olać i pędził ze 200. Minął takowy przy mnie i nie pstryknął (przynajmniej fleszem), więc może to takie same puszki jak u nas kiedyś.

W Nizwa jestem przed 12 i najpierw idę coś zjeść. Jest ze 30 stopni i na słońcu jest mega gorąco. Fort jest duży i fajny. Najpierw obchodzę go dookoła, a potem idę do środka. Wjazd piątaka (złotych). Przejeżdżam ok. 30 km do Bahla, gdzie jest następny fort. Z daleka widać, że robi wrażenie. Tu jest dużo mniej ludzi i przez większość czasu fort mam tylko dla siebie. Fort niedawno został otwarty, bo był remontowany przez wiele lat.

Jadę jeszcze do Fortu Jabrin, który jest 10 km dalej. Ten jest najmniejszy i chyba najmniej ciekawy. Śpię w Bahla. Na wigilię poszedłem do tureckiej knajpy, gdzie dostałem cały zestaw mięs za 30 złotych. Ledwo to zmieściłem. Obok oglądałem zachód słońca za górami, do których jutro pojadę.

Jak spędzić Boże Narodzenie? Najlepiej tam gdzie można nacieszyć oko :-) Przed wyjazdem zastanawiałem się jak ogarnąć Jebel Shams i Wadi Ghul, czyli najwyższy szczyt Omanu i największy kanion Arabii. Wiedziałem, że jest tam droga dla terenówek, ale wynajęcie terenówki to było x3. Postanowiłem więc zobaczyć co się da zrobić na miejscu. Z Bahla są znaki na Wadi Ghul, sprawdzałem kilometry ze znaków z tym co przejechałem by mniej więcej wiedzieć ile będę miał do przejścia z buta jak się droga skończy. W pewnym momencie przejechałem ilość kilometrów ze znaków, a żadnego drogowskazu więcej nie było. Zaczęło się robić fajnie, więc jechałem dalej asfaltówką. Dojechałem w końcu po 20 kilometrach więcej niż to wynikało ze znaków do końca asfaltówki. Zaczepia mnie tu jakiś lokales, który mówi, że jest przewodnikiem i zabierze mnie do kanionu. Mówi, że to 7km szutrówką i 2km asfaltem. Dla mnie jednak takie szutrówki nie straszne. W końcu w NZ śmigałem samochodem po rzekach. Droga jest szeroka i ubita, więc spokojnie można jechać. Jest kilka stromych podjazdów, ale używam ręcznej jedynki w moim automacie. Widoki obok boskie. Po 7km szutru z niczego pojawia się asfalt i po 2km tym asfaltem moim oczom ukazuje się kanion. Na górze tego kanionu jest szczyt Jebel Shams. Widziałem już trochę dziur w ziemi, m.in. Wielki Kanion i Kanion Colca. Ten też naprawdę robi wrażenie.

Pochodziłem trochę i postanowiłem, że pojadę dalej tą drogą, może jeszcze coś ciekawego będzie. Asfalt się zaraz skończył i zaczął znowu szutr. Tu już było trochę gorzej, bo w kilku miejscach było piaskowo, ale dało radę. Dojechałem do końca drogi. Było tu z 10 terenówek i 2 sedany takie jak moje. Także nie tylko ja miałem pomysł by tu przyjechać tym czymś. Stąd idzie szlak po ścianie wąwozu. Szlak jest dość płaski (nie schodzi się na dół), więc postanawiam trochę pójść. Nie zabrałem ze sobą wody, a łącznie szedłem w 2 strony 1.5h i doszedłem do końca. Ależ jest pięknie. Zdjęcia tego nie oddadzą, choć się starałem :-)

Po południu jadę jeszcze do fortu Bahla i zapuszczam się w opuszczone zakamarki dawnej osady. Zbudowana jest ona z błota, tak jak i fort. Kilka domów jest odnowionych i mieszkają ludzie, ale większość to ruina i opuszczone.

23.12.2016, Sohar, Rustaq i Nakhl, Oman

Plan na dziś to dojechać do Sohar i zobaczyć tamtejszy fort. Z Dubaju rano dość sprawnie wyjeżdżam i jadę autostradą w kierunku Al Ain. Droga dobra i szybko schodzi. Na granicy musiałem zapłacić 35 AED opłaty wyjazdowej, a pan powiedział, że wjazdowej nie ma. Opłaca się kartą, gotówki nie przyjmują. Sprawdzają dokumenty samochodu, ostatni szlaban i... gdzie jest kontrola omańska? No cóż, nie będę się przejmował. Wymieniam trochę kasy (na euro tu generalnie dziwnie patrzą i kurs jest kiepski) i jadę. W oczy rzucają się góry po bokach, a na drogach fotoradary co kilka kilometrów. Poszaleć samochodem zatem nie za bardzo można.

Przejechałem kilkadziesiąt kilometrów i po środku niczego znalazła się kontrola policyjna. Pan sprawdza paszport, pyta czy turysta i wysyła mnie do budynku. Dopiero tu jest kontrola paszportowa i aplikacja o wizę. Wypełniam świstek i znowu chcą ode mnie kartę by zapłacić 5 riali za wizę. Gotówki znowu nie chcą wziąć.

W Sohar bez problemu znajduję mój hotel. Miałem tu pierwotnie zarezerwowany Radisson Blu za 44k punkty, bo miał to być relaks we trójkę nad morzem w moje urodziny ;-). Ale skoro przyjechałem sam, to odwołałem - punkty przydadzą się np. na Sofię. Zatrzymałem się w hotelu 2*, który standard miał bardzo fajny, no ale ceny hoteli w Omanie są spore i za ten blokują mi na karcie aż 290 zł. Na tym wyjeździe mam jednak połowę hoteli z punktów, więc na pozostałe drogie ciężko narzekać.

Chwile odpoczywam, jem lunch w hotelu i pytam recepcjonisty o fort. Wiedziałem, że był remontowany przez ostatnie kilka lat. Gościu nie wie czy jest otwarty, ale mówi, że zapyta. Zapytał kogoś i ponoć otwarty. Jak dojechałem na miejsce to oczywiście był zamknięty. Zajrzałem przez drzwi do środka, ale była niezła rozpierducha. Fort jest spory, jeszcze część murów ma rusztowania.

Chciałem jeszcze zajechać do portu, ale to port z prawdziwego zdarzenia - ogromny teren ogrodzony. Na miejscu jest rafineria i chyba jakaś elektrownia. W każdym razie statków nie widać. Robię zakupy w pobliskim markecie - trochę owoców oraz inne rzeczy na kolację i śniadanie i w lodówce widzę piwo :-). Niestety bezalkoholowe :-( Kupuję więc colę i urodzinki uczczę łiskaczem przemyconym z Polski.

Dziś ruszyłem w stronę Muscatu. Cały czas autostrada i cały czas fotoradary. Mój sprzęt i tak zresztą ledwo jedzie te 120, więc nie kusi mnie by przyspieszać bardziej. Skręcam do Al-Rustaq. Dojeżdżając do miejscowości, nagle pojawia się znak, że droga zamknięta (dwupasmówka). Szukam na mapach jakiegoś objazdu, ale nic nie widzę. Cholera - jak tu dotrzeć do fortu? Widzę jakichś miejscowych jeżdżących bokiem po szutrach. Jadę i ja. Zamieniłem się w terenówkę i przejechałem 3 km bez problemu ;-). Dojeżdżam pod fort. Robi wrażenie. Idę do kasy, a tam gościu mówi, że zamknięte. Dzisiaj piątek, a tam w środku się modlą. Powiedział, że otwarte było do 11. Patrzę na zegarek - 11.15. Wkurzyć się można :-). Pozwalają mi jednak zajrzeć i zrobić chociaż zdjęcie. Cóż, zwiedzać w środku nie mogę, to pozwiedzam z zewnątrz. Mury są ogromne.

Zbieram się i jadę do następnego fortu w Nakhl. Po drodze widzę znak na Wadi Bani Awf - jedna z dolin. W moim przewodniku jest napisane, że jest droga na terenówkę, ale ja widzę świeży asfalt. Jadę więc trochę, bo góry są super. Dojeżdżam do Nakhl. Tu się nikt nie modli, więc wchodzę do środka. Jestem praktycznie sam, widziałem może ze 2 osoby. Fort jest równie ładny co w Rustaq. Tym razem oglądam w środku ze wszystkimi zakamarkami. Z fortu jest super widok na okolicę i góry. Po palmach widać, że tu jest oaza.

Zatrzymuję się jeszcze w knajpce o nazwie Good Food i za 11 zł najadam się szyształukiem z frytkami i świeżym sokiem mango. Czas na dojazd do hotelu w Muskacie, ale po drodze mam jeszcze Fort w Barka, więc robię kilkukilometrowy detour. Fort jest położony nad morzem, ale malutki i też zamknięty z powodu piątku. Można go jednak sobie darować. Wyjeżdżając z Barka po raz pierwszy udało mi się zobaczyć wielbłądy!! Szkoda, że miały nogi spętane.

I to tyle na dziś. Zajeżdżam do Holiday Inn Seeb niedaleko lotniska, gdzie znowu palę punkty. Drogo - 20k, ale co zrobić. Hotel jest super. Dostaję jako Gold upgrade to king executive. Korzystam też z basenu, gdzie można trochę rozluźnić nogi po godzinach jazdy. Jutro ciąg dalszy fortów i gór.

21.12.2016, Kuwejt

Fly Dubai przysłał mi maila, żebym zgłosił się na lotnisko 4 godziny przed odlotem, bo oczekują problemów na lotnisku. Jako, że wylot miałem o 8:50 to by to oznaczało mega wczesne wstawanie. Olałem ich (ryzykant lotniskowy jestem, a co!), zjadłem śniadanie o 6:30 i wziąłem taksówkę na lotnisko. Flydubai lata z terminalu 2, gdzie nie ma metra, a sam terminal to taka większa Etiuda. Kolejka była spora do check-in, ale ja miałem BP w telefonie więc szybko i sprawnie poszedłem do kontroli. Po 10 minutach miałem wszystko załatwione i czekałem na samolot.

Autobusikiem do samolotu i wsiadam do prawie nowego 737-800. W środku jest PTV i nazwałbym to Pay TV, a nie Personal TV. Od razu jednak przyciąłem komara, więc mnie to nie przeszkadzało. Po wylądowaniu zajechaliśmy samolotem pod drzwi terminalu i z samolotu przeszliśmy z buta. Coś mi tu nie grało, bo to lotnisko chyba powinno być trochę większe!? W Arrival Hall ktoś proponuje limousine taxi i jest jeszcze counter z wynajmem. Powinien być autobus 501 do centrum, ale tu nic nie ma. Okazuje się, że przylecieliśmy na terminal General Aviation położony po zupełnie drugiej stronie lotniska. No to oszczędziłem... Jako, że jest monopol tej taksówki to chcą 8 dinarów, czyli ponad stówkę za dojazd do miasta i nie ma targowania. No nic, wyjścia nie ma. Wysiadka z samolotu to ogólnie był trochę szok, bo w Dubaju zostawiłem 24 stopnie, a tutaj kapitał powiedział, że jest 9! Miałem nie brać polara, ale na szczęście wziąłem go jako amortyzacja do aparatu i obiektywu w plecaku. Trzeba było się szybko ubrać.

Jadę tym taxi i wysiadam pod wieżą telewizyjną, chyba 5 najwyższą na świecie. Kręcę się trochę i ruszam w końcu zgodnie z planem zwiedzania. Najpierw souki, ale to takie zwykłe targi, jak można i w Polsce znaleźć. Pracują i sklepy tu mają oczywiście głównie emigranci. Zrobiłem zdjęcie krawców z Bangladeszu, bo przypomniało mi się jak tam byłem wcześniej w tym roku i odwiedzałem szwalnie. Siadam na lokalne jedzenie i kręcę się trochę po souku na otwartym powietrzu. Robi on trochę lepsze wrażenie niż poprzednie wewnętrzne hale. Doszedłem w końcu nad morze. Nad morzem miało być ciekawie, m.in. port dla tradycyjnych łódek dhow, ale jest mega odpływ i pusto. Idę jeszcze kawałek na południe, ale, że prawie wszystko jest pozamykane to ruszam z powrotem na północ.

Doszedłem do najważniejszego meczetu w tym kraju. Poszedłem z nadzieją wejścia do środka. Niestety dla odwiedzających czynny tylko 2h rano i wieczorem. Pocałowałem więc klamkę. Idę dalej. W końcu jacyś ludzie i przystań dla rybaków. Obok jest fajny targ rybny. I w końcu największa atrakcja Kuwejtu, czyli Kuwait Towers. Ponoć w 2 z nich dalej jest woda i służą jako zbiorniki. Trzecia wieża jest tylko po to by podświetlić 2 pozostałe. Wieże są naprawdę ładne i pogoda też dobra to zrobienia zdjęć.

Mam jeszcze chwilę czasu do odlotu, ale po zrobionych ok. 15 km nogi już mi wysiadają. Spędzam jeszcze chwilę na Corniche. I widząc taksówkę, których bardzo mało jeździ po mieście zbieram się na lotnisko. Licznik wybił 3.5 dinara w powrocie, ale gościu chciał 5. Stanęło na 4, czyli połowa mojej limousine taxi z lotniska. 3h do odlotu jakoś doczekałem i doleciałem do Dubaju 30 minut przed czasem.>/p>

Od razu poszedłem na stanowisko Dollara odebrać samochód. Tu zaczęły się przygody. Wszystkie wypożyczalnie oprócz Dollara wycofały się z pozwolenia wjechania do Omanu. Samochód zarezerwowałem przez rentalcars, bo coś strona Dollara wtedy mi nie działała. Samochód kosztował mnie 590 AED na 10 dni, a musiałem zapłacić za ubezpieczenie na wjazd do Omanu na 8 dni 675 AED!!! Złodziejstwo. Samochody w Omanie są jednak sporo droższe i wyszłoby podobnie jakbym dojechał autobusem do Muscatu i tam wynajął. Dostaję plastik fantastic Nissan Sunny z przebiegiem 30kkm, który ma po kilka rys na każdej części samochodu. Uff, dobrze, że nie brałem full ubezpieczenia za kolejne 500, bo kolejne rysy i tak zostaną niezauważone.

Archiwum
2017 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2016 Piotr Wasil