16.12.2017, Martynika

Po strasznej podróży AF, gdzie zmiana lotniska w Paryżu przyniosła sporo kłopotów oraz zdezelowany Boeing 773 napakowany do ostatniego miejsca dawał się we znaki, wylądowaliśmy na Martynice. Pół samolotu chyba wynajmowało samochody więc swoje też odstaliśmy. Dostaliśmy elektrycznego Renault z zasięgiem 300 km. Ciekawa opcja, bo nigdy takim nie jeździłem, a w 2 dni na pewno tyle zasięgu wystarczy. Nie trzeba też nic płacić za paliwo.

Dziś rano wyjechaliśmy na półwysep Caravelle z pięknymi plażami i zwiedziliśmy Chateau Dubuc, dawne miejsce pracy niewolników z XVII wieku. Przeszliśmy się też 30 minutowym szlakiem na namorzyny. Potem ruszyliśmy do wąwozu Falaise. Drogi są bardzo zatłoczone i kręte, do tego co chwila padają przelotne deszcze. Na wejściu do wąwozu chcą 10 euro od osoby i 7 od dziecka, ale miałem tylko 100 i 20 euro i przeszło to ostatnie. Pierwsza część to szlak po pionowych schodach i dochodzi się do rzeki. Tam przewodnik bierze nas do wodospadu i szlak prowadzi po rzece. Nakładam więc kąpielówki i wkładam aparat w worek żeglarski. Konrad chciał iść, ale zrezygnował jak zobaczył spadającą wodę. Niby dziecko od lat 5 może już iść, ale nawet dla mnie szlak był ciężki. Zanurzałem się po szyję i szedłem pod prąd spadającej rzeki. Były nawet 2 drabinki. Pod koniec doszedłem do wodospadu, wokół gardzieli którego przewodnik kazał mi się przejść. Robimy jeszcze kilka fot i spadamy. Miejsce fajne.

Przy parkingu jemy obiad. Zwykła knajpa, ale widać, że jest tu dość drogo. Za 2.5 obiada płacimy 41 euro i jedziemy na południe. Omijamy niestety wulkan, który jest cały w chmurach. Szkoda. Jedziemy dalej w stronę stolicy bardzo górskimi drogami. Może się zrobić niedobrze od tych serpentyn. Chcieliśmy dojechać do Pointe du Bout po drugiej stronie zatoki na przeciwko stolicy, ale w mieście wpadliśmy w takie korki, że po godzinie jechania 10 na godzinę, postanowiliśmy pojechać do centrum i zostać na wybrzeżu. Fort St. Louis niestety był zamknięty, ale robi ładne wrażenie, szczególnie wspinające się po nim iguany. Chodzimy trochę po centrum, Konrad bawi się na plaży, a także na festynie obok, gdzie też możemy podziwiać miejscowe kobiety tańczące do afrykańskich rytmów. Widać dziedzictwo.

W już trochę mniejszych korkach udaje nam się dojechać do apartamentu. Jutro do 12 mamy jeszcze czas na zwiedzanie, a o 14.30 mamy prom na Saint Lucię. Martynika nam się podoba.

22.11.2017, Zagrzeb

W Chorwacji nie byłem 17 lat, więc z przyjemnością wybrałem się na krótkie spotkanie służbowe do Zagrzebia. Tym bardziej, że w stolicy nigdy nie byłem. LOT leci tylko 1:15h i po godzinie 11 rano powitał mnie słoneczny Zagrzeb z temperaturą 15 stopni. Jaka miła odmiana od warszawskiej 2-stopniowej szarugi. Taxi z lotniska to ponoć ok. 150zł, więc biorę UberaX za 50 :). Działa sprawnie. Udało mi się zameldować w hotelu Dubrovnik położonym w samym centrum, rzuciłem graty i poszedłem zwiedzać.

Pierwsze wrażenie jest super. Odwiedzam Plac Jelacicia, gdzie jest mini targ miodów. Następnie udaje się do katedry, która jest bardzo ładna. Szkoda, że jedna wieża była w remoncie, ale przynajmniej tak przykryte płachtą, że nie widać rusztowań. W środku mega cisza i pusto. Kręcę się trochę po okolicy i zaglądam na ulicę Tkalcica, która ma mnóstwo klimatycznych knajpek. Wszystko pięknie odrestaurowane i z gustem. Miałem nawet siąść w jednej na piwo, ale szkoda mi było czasu. Stamtąd idę po schodach do tzw. Kamiennych Wrót. Jest to dość ciekawy budynek, gdzie wejście i wyjście nie znajdują się na przeciw siebie. Jest tam obraz Matki Boskiej i kilka osób się modli. Jedna ściana ma też pamiątkowe tabliczki. Stąd już jest blisko do Kościoła św. Marka, który robi wrażenie wow. Piękne jasne kolory w pełnym słońcu wyglądają super. Szkoda, że środek był zamknięty.

Schodziłem większość ulic górnego miasta i chciałem koniecznie znaleźć tunel Gric. Niestety wszystkie jego wejścia były zamknięte na 4 spusty, a szkoda, bo on ciągnie się sporo pod starym miastem. Wpadam jeszcze na Targ Dolac, gdzie miejscowi sprzedają owoce, warzywa i pędzoną rakiję i Zagrzeb mam mniej więcej zwiedzony. Wieczorem spotkam się z kolegami w jednej z najlepszych knajp owoców morza, a jutro wieczorem po spotkaniu powrót do Warszawy.

27.10.2017, Mumbaj

3 tygodnie po powrocie z Pacyfiku byłem znów w drodze. Tym razem Lufthansą przez FRA dotarłem do Mumbaju. Miejsce 18D zaraz za biznes klasą, a przed Economy Premium to chyba najlepsze miejsce w Boeingu 748i, jednym z nowszych Lufthansy. Firma co prawda sponsoruje Premium Economy na długich lotach, ale wszystkie miejsca były zajęte i nawet nie było jak wykupić. Zresztą moje miejsce bardziej mi się podobało.

W Mumbaju z powodu ostatniej popularności e-visa, spędziłem ponad godzinę na lotnisku zanim przeszedłem przez immigration. Szybki skok do Hyatt obok lotniska i można było iść spać. W Mumbaju 3 tygodnie temu skończyła się pora deszczowa. Lało przez 2 miesiące non stop, a teraz nie było ani chmurki i temperatura 34 stopnie. My jednak nigdzie się nie ruszaliśmy poza hotelem, samochodem i biurem. Raz wyszliśmy do restauracji niedaleko hotelu, ale to było na tyle. Powrót Swissem nie zwiastował niespodzianek. Odlot 15 minut po czasie zawsze powodował, że przylatywało się przed 6 do Zurichu. Siedziałem na środkowej czwórce i pani z drugiego końca się przesiadła. Zaległem więc na 4 fotelach i wyspałem się jak w biznes klasie. Niestety na trasie musiałbyć jakiś mega wiatr, bo dolecieliśmy 30 minut po czasie rozkładowym, czyli o 6:40. A o 7:10 odlawywał mój samolot do Warszawy. Zaraz po wyjściu z samolotu dostałem nową kartę pokładową na lot o 12:10, ale widząc na ekranach, że Warszawę ciągle boardują to biegłem do bramki. Dobiegłem jeszcze przed zamknięciem, ale nie chcieli mnie już wpuścić do samolotu, mimo, że 2 lata temu w podobnej sytuacji zmienili mi samolot z powrotem. Ponoć się 5 minut spóźniłem. Poszedłem więc do transfer desk zapytać o miejsca na LOTo 10:25, ale ponoć wszystkie miejsca były zajęte. Dolecę więc 5h później i mam nadzieję, że Swiss nie będzie robił problemów z wypłatą 600 euro odszkodowania.

A tymczasem nasz plan na Karaiby się delikatnie zmienił, bo LIAT skasował loty z Antigua do Dominiki. Nie odwiedzimy zatem Antigua, polecimy bezpośrednio Barbados-Dominika.

15.10.2017, Karaiby

Dopiero wróciliśmy z Pacyfiku, a czas już planować Karaiby na święta. Lecimy 14 grudnia na Martynikę. Wynajmiemy samochód i 15go zwiedzimy wyspę. 16go w południe płyniemy na St. Lucię. Chciałem lecieć samolotem, bo 2 miesiące temu bilety były tańsze niż prom, ale teraz podskoczyły. Na St. Lucii też wynajmiemy samochód na 1 dzień, a drugi dzień pochodzimy po Castries i poplażujemy.

19 grudnia mieliśmy lecieć na Barbados, ale bilet z przesiadką przez St. Vincent był tylko 15$ droższy. Mamy więc 5.5h na przesiadkę, z czego 4h poświęcimy na zwiedzanie wyspy. Wynajmujemy samochód z przewodnikiem. Nie uda się zdobyć wulkanu, ale zobaczymy większość ciekawych miejsc. Grenadyny, czyli wysepki, które są częścią tego państwa zostawimy na inny raz. Wieczorem 19-go zatem wylądujemy na Barbadosie. 20go będziemy zwiedzać tę wyspę wynajmowanym samochodem.

21-go lecimy na Dominikę. Znów zamiast brać bezpośredni lot, to za 15$ więcej lecimy przez Antigua. Tam mamy 7h na przesiadkę, więc 6h na zwiedzanie. Wynajmiemy samochód i objedziemy wyspę. Na Dominikę mam nadzieję, że dotrzemy wieczorem. Po ostatnich huraganach, wyspa na razie nie przyjmuje turystów. Mam nadzieję, że w 2 miesiące się ogarną. Jeszcze nie wiemy czy da się wynająć samochód czy będziemy używać lokalnego transportu.

Ostatni etap to prom lub przelot na Gwadelupę. Nie chcę jeszcze kupować, bo nie wiem czy Dominika będzie otwarta dla nas. 24-26 grudnia spędzimy na Gwadelupie, skąd późnym wieczorem mamy wylot do Polski. Tu też wynajmiemy samochód.

W planie zatem 7 wysp w 13 dni. Spore tempo, ale mając samochód bezproblemowo można zobaczyć większość z tych wysepek przez 1 dzień.

30.9.2017, Taroko National Park, Tajwan

Jeżeli miałbym zobaczyć jedną rzecz na Tajwanie to wybór padłby na Taroko National Park. Tak planowałem dni na Tajwanie by tam dotrzeć. Trochę plan został okrojony w stosunku do oryginalnego, bo planowo mieliśmy mieć dzień więcej, ale jest jak jest. Wstajemy jeszcze przed 6 i o 7:45 jesteśmy już w drodze. Jedziemy przez Tajpej i chyba pierwsze 95km po wiaduktach i tunelach. Potem autostrada się kończy i zaczynają się serpentyny, gdzie jedzie się max 40 kph. Zatem pierwsza część podróży trwałą 1:15, a druga o tej samej długości 2:15. Po 11 od razu wjeżdżamy do Taroko National Park i szczęki nam opadają na widok strzelistych grani wąwozu. Zaczynamy od Eternal Spring Shrine, gdzie fantastycznie widać kanion, pagodę oraz wodospad pod nią. Niestety szlakiem nie można dość pod samą pagodę. Jedziemy dalej. Co chwila zatrzymujemy się i podziwiamy wspaniałe formacje skalne, wysokie skały, tunele częściowo otwarte i dojeżdżamy do Swallow Grotto Trail. Widoki są niczym z kosmosu! Światowa czołówka wąwozów. Do tego te wszystkie wiszące mosty. Jeździmy, chodzimy, oglądamy do 16 i w pełni nasyceni widokami jedziemy do Hualian na nasz ostatni nocleg. Ten park to prawdziwa wisienka na torcie naszej podróży. Zdecydowanie polecam każdemu kto będzie na Tajwanie.

Jutro lot do Szanghaju mamy dopiero o 17:40. Postaramy się jeszcze o coś zahaczyć po drodze zanim oddamy samochód na lotnisku.

Archiwum
2017 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil