18.3.2017, Sofia

W najmilszym poniedziałku LOT kupiłem bilet za 7k mil do Sofii dla Konrada i mnie. Już dawno temu chciałem tam polecieć i takiej okazji nie mogłem puścić. Niestety udało się wygospodarować tylko 2 dni, ale lepsze to niż wcale.

Lot zleciał szybko a z lotniska za jedyne 15 lewa dojechaliśmy do zarezerwowanego za pinkty Park Inn. Na miejscu z uwagi na dziecko dostajemy jeszcze upgrade do apartamentu. Dokupuję śniadania po 8 euro i rozkoszujemy się widokiem na wielką górę Vitosha rozpościerającą się zaraz za miastem. W piątek odbiera nas Dimitar z mojego zespołu i jedziemy do Bielogradczika. Droga wiedzie przez góry i śnieg i po 2.5h prawie dojeżdżamy na miejsce gdy nagle słyszymy bum i zachlapała nam się szyba. Okazało się że pękł przewód od chłodnicy. Nie wróżyło to dobrze. Cudem dojechaliśmy do warsztatu gdzie zostawiliśmy samochód ale na części trzeba czekać do jutra. Dowiadujemy się o pociąg i idziemy zwiedzać zamek położony wśród ostańców skalnych. Widoki robią mega wrażenie. Wspinamy się na szczyt, a potem idziemy ścieżką przez godzinę dookoła podziwiając te wspaniałe ostańce skalne.

Powrót to 3.5h w pociągu i dopiero na 22.30 w hotelu. Oznaczało to rezygnację z zobaczenia dziś monastiru rilskiego, więc pochodziliśmy po centrum Sofii. Centrum jest całkiem ładne i stoi kościołami. Niektóre mają po 1500 lat. Chcieliśmy jeszcze wjechać kolejką na górę Vitosha, ale już było mało czasu i zabrałem Konrada na zabawy w centrum handlowym.

5.3.2017, Kazimierz Dolny

Wychowawszy się w Lublinie, Kazimierz Dolny znałem oczywiście od poszewki. Pamiętam jeszcze czasy jak tam prawie w ogóle nie było turystów. Podczas liceum, studiów wielokrotnie tam wracałem, a potem nastąpiła spora przerwa. W sobotę odstawiając Konrada do teściów, miałem 2h wolnego przed zachodem słońca i nowy sprzęt foto w torbie. Postanowiłem zatem wrócić do Kazimierza i pstryknąć kilka fotek nowymi obiektywami.

Pierwszy piękny weekend po zimie przyniósł 16 stopni i piękne słońce. Pojechałem najpierw do wąwozu lessowego Korzeniowy Dół, gdzie podziwiałem walkę natury - odsłonięte korzenie drzew wiszące na ścianach wąwozu. Super miejsce. Następnie spacerkiem przeszedłem się dookoła rynku, gdzie było już sporo rozstawionych stolików. Spragnieni słońca ludzie zażywali kąpieli słonecznych. Następnie ruszyłem na zamek i do baszty. Niestety oba obiekty otwarte były tylko do 16, więc pooglądałem z zewnątrz.

Kolejny punkt to Góra Trzech Krzyży, gdzie nawet nie było dużego tłumu i udało mi się uchwycić je bez żadnych ludzi. Widok stąd na miasteczko i Wisłę jest super, choć jeszcze jest trochę za wcześnie i nie ma kwitnącej roślinności. Spaceruję jeszcze na Mały Rynek oraz nad Wisłę oglądając zachód słońca. W tak krótkim czasie nie udało mi się oczywiście zobaczyć wszystkich atrakcji, ale dobre i tyle. Trzeba tu będzie wrócić we trójkę i zahaczyć jeszcze o Nałęczów.

A za 10 dni Bułgaria :-). Kupiłem bilety za mile w najmilszym poniedziałku i zabieram Konrada. Będzie męski wyjazd.

26.2.2017, Chicago

Organizując spotkanie w lutym w Chicago byliśmy pewni mega zimy. Kiedyś pod koniec stycznia było poniżej -20 stopni i ogromny wiatr. Prognozy przed spotkaniem zapowiadały się całkiem nieźle, a przed samym wyjazdem okazało się, że owszem będzie 20 stopni, ale na plusie.

Firma od tego roku płaci za premium economy na długich lotach, więc przy cenie 4500 złotych i bezpośrednim przelocie, LOT nie ma konkurencji. Serwis oraz fotel jest na całkiem wysokim poziomie, ale rozkład niestety do bani. Wylecieliśmy o 17, przylecieliśmy o 20 miejscowego czasu. Próbując nie spać w samolocie, rozłożyło mnie całkiem, padłem zaraz po przyjeździe do hotelu, ale obudziłem się już o 3 rano. Kolejnego dnia trzymało mnie podobnie, więc opuściłem większość wieczoru towarzyskiego. W środę zacząłem się przestawiać, ale w czwartek trzeba było już wracać. Trzeba było też czekać do 22 na przelot. Zrobiłem ostatnie zakupy, a potem przesiedziałem w zatłoczonym saloniku SAS.

Marzec raczej bez lotów, chyba, że Konradka gdzieś zabiorę. A w kwietniu na święta kupiliśmy Cluj w Rumunii! :-)

9.2.2017, Pueblos Blancas, Andaluzja

Gdy ja spędziłem cały dzień na spotkaniach to Monika zabrała Konrada na cały dzień do Kadyksu. Ponoć piękne miejsce, ale nie dane mi go było zobaczyć. Natomiast wczoraj wracając do Malagi zahaczyliśmy o tzw. Pueblos Blancas czyli małe białe miasteczka w górach. Najpierw odwiedzamy Zaharę, pięknie położoną na stoku z zamkiem na szczycie. Obok jest sztuczne jezioro i wraz z widokiem na okoliczne góry wygląda to wszystko przepięknie. Następnie serpentynami górskimi jedziemy do Grazalemy, która jest równie fajna. Spacerujemy po wąskich uliczkach, oglądamy białe domy i odpoczywamy w knajpce ze świetnym lokalnym jedzeniem. Na deser Ronda, czyli jedno z najsłynniejszych miejsc z powodu specyficznego mostu zbudowanego na szczycie pionowego wąwozu. Idziemy w dół ile się da i podziwiamy cudo natury i ręki ludzkiej w jednym miejscu. Siadamy jeszcze na tradycyjne tapas i czas wracać do Malagi.

6.2.2017, Gibraltar

Gdy w grudniu dowiedziałem się o spotkaniu służbowym w Sevilli, od razu kombinowałem jak tu zahaczyć o Gibraltar. Nigdy nie składało mi się by tam polecieć, a teraz okazja była znakomita. Jako, że do Omanu poleciałem sam to pomyśleliśmy, że teraz polecimy we trójkę, a mój dzień pracy Monika z Konradem sami sobie zagospodarują. Dolecieć do Sevilli to sztuka więc zdecydowaliśmy się na przelot Norwegianem do Malagi bo bilety były po niecałe 500 złotych od osoby. Lecimy w niedzielę wieczorem. Samolot bardzo wygodny, fotele jak w Lufthansie i nie ma ciasnoty typowej w innych tanich liniach. Dolatujemy przed północą, wynajmujemy BMW 118d i siup do pobliskiego Holiday Inn Express na nockę. Fajny pokoik za 50 euro.

Jasno robi się dopiero przed 9 i tak wyjeżdżamy w stronę Gibraltaru. Idzie nam dość sprawnie płatną autostradą, które tu w Hiszpanii są chyba jeszcze droższe niż w Polsce. Skałę Gibraltaru zauważyłem już na 40 km przed granicą. Wznosi się na 411 m npm i robi wrażenie. Na granicy na szczęście nie było kolejki i udajemy sie na darmowy parkng pod kolejką. Tutaj klops bo wszystko jest zajęte. Co gorsza nikt stąd nie wyjeżdża więc postanawiamy poszukać czegoś gdzieś indziej. Przeważnie jest to wyzwanie w takich miejscach ale udaje się dość sprawnie. Wsiadamy w kolejkę i za ok. 15 euro kupujemy bilety na górę. Jest piękny dzień, więc widoki oszałamiające. Widać pięknie skałę, port i Afrykę. Zaraz też spotykamy mieszkające tu małpki. Konrad ma niezłą z nimi zabawę. Bez krępacji dotykają nas, a nawet wskakują na bark :). Chodzimy trochę po stromych tutejszych uliczkach, zaglądamy do jaskini oraz zobaczyć armatę. Po 2h zjeżdżamy na dół na obiad, a potem jedziemy dookoła półwyspu z kilkoma przystankami i w pełni usatysfakcjonowani jedziemy do Sevilli.

Archiwum
2017 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil