25.9.2016, Guadalajara, Meksyk

Przespałem się z tematem i jednak postanowiłem pojechać do Guadalajary. Nie było za bardzo co robić innego, a to "tylko" 230 km. Większość drogi prowadzi autostrada i dla tych co narzekają na ceny polskich autostrad to mam dobrą wiadomość - zapłaciłem ok. 70 zł za ok. 180 km autostrady - to się dopiero nazywa ździerstwo.

Guadalajara to drugie co do wielkości miasto Meksyku i ma ponad 5 mln ludzi. Generalnie nie znoszę takich molochów, ale centro historico z opisów wydawało się fajne. Jak dojechałem pod główną katedrę to się przeraziłem - zamknięte było połowe głównego placu, droga główna oraz sama katedra przykryta jakimiś siatkami. Masakra. Po to tyle jechałem by obejrzeć remont? Na szczęście wszystko dookoła było już ok. Katedrę obejrzałem w środku, ale zbytnio mnie nie powaliła. Dookoła niej są 4 place i każdy z nich ma swój niezły klimat. Najciekawszy był chyba Plaza de Armas z Pałacem Gubernatora. Troszkę dalej w informacji turystycznej wziąłem kiepską mapkę miasta, a dziewczyna podająca została zatrudniona na pewno z innych atutów niż język angielski... W ogóle w Meksyku (to zauważyliśmy też podczas pobytu na Jukatanie) jest bardzo słaba znajomość angielskiego. To dziwne, bo przecież większość Meksykanów chce wyjechać do USA. Nie uczą angielskiego w szkole? Idąc dalej zwiedziłem Teatr Degodallo i pospacerowałem uliczkami dookoła. Czuć historię i klimat w tym mieście, szkoda, że najważniejsze miejsce było rozkopane.

Jutro lecę do Chicago. Udało mi się wykorzystać oba Regional Premier Upgrades i lecę przez Houston w biznes klasie na obu odcinkach.

24.9.2016, Leon, Meksyk

Drugi dzień w Leon to intensywne spotkania, a wieczorem poszliśmy do jednej z lepszych restauracji w okolicy. Dołączyłem do moich kolegów z Ameryki Południowej i zdałem się na ich gust. Zarówno na przystawki, jak i na danie główne, zrobiliśmy wybór różnych rzeczy i się dzieliliśmy. Zjadłem m.in. fantastyczne ośmiorniczki (a co! :P), dwa rodzaje steków, oraz taki, który kucharz przyrządzał na naszych oczach. Wziął on surową wołowinę, polewał tequilą i podpalał ją. Na takim ogniu wołowina zrobiła się w minutę i jak spróbowałem to aż odjęło mi mowę. Próbowałem już wiele rodzajów steków, ale ten to było coś fantastycznego. Na koniec wieczoru czekała na mnie jeszcze niespodzianka - kelner przyniósł deskę z tequilą, limonkami, 5 centymetrowym robakiem. Ale zaraz..., w tequili coś pływa. Spojrzałem i zaniemówiłem - był to ok. 3 cm skorpion! Nie mogłem być miękki ;-). Najpierw robaczek - smakuje jak frytka, a potem tequila i zagryzamy limonką. Do dziś żyję, więc skorpion nic mi nie zrobił.

Trzeciego dnia po 8h spotkań wybraliśmy się na mecz pierwszej ligi meksykańskiej. Miejscowe Lwy z Leon grały z drużyną z Chiapas. Widowisko było przednie, szkoda jednak, że nie padła ani jedna bramka. Na stadionie można się najeść wszystkiego co dusza zapragnie, ponieważ non stop ktoś chodzi z jakimś jedzeniem. Można też kupić napoje oraz oczywiście piwo. Super :)

W czwartek było już trochę luźniej, ponieważ skończyliśmy spotkanie po lunchu i mieliśmy w planie wycieczkę do miasta Guanajuato, najpiękniejszego w okolicy. To godzina drogi od Leon. Nasz przewodnik to profesor historii z miejscowego uniwersytetu. Najpierw pokazał nam kilka punktów widokowych na miasto. Guanajuato otoczone jest górami, a w tych górach są żyły złota i srebra, więc jest sporo kopalni. Kruszce wydobywane są od wielu lat i ponoć dopiero ledwo nadpoczęte. Jadąc do samego centrum miasta, przejeżdżamy przez sieć podziemnych tuneli. Wyprowadzono w ten sposób ruch z centrum, choć to wszystko wąskie i wykute w skale tunele. Łączna ich długość to ponad 8 km. Robią wrażenie. Historyczna część miasta jest nieźle zachowana, ale spodziewałem się czegoś naprawdę super po wcześniejszych opowiadaniach kolegów. Niemniej jednak ogólne wrażenie jest bardzo dobre i zdecydowanie warto tu przyjechać będąc w centralnym Meksyku.

Piątek i sobotę mam wolną, bo dopiero w niedzielę lecę do Chicago na kolejne spotkania. Widząc w hotelu wypożyczalnię samochodów postanawiam zamówić najmniejszy z automatem i pojeździć trochę po okolicy. Płacę za taki najmniejszy, ale dostaję większy Chevrolet Cruze, sprzedawany także w Polsce. Jest to jedna wielka kupa plastiku, bez przyśpieszenia oraz strasznie wyjąca jak się wciśnie gaz. Niemniej jednak na 2 dni się nada. Dziś pojechałem do San Luis Potosi. Droga była pusta, krajobraz pagórkowaty i wszędzie kaktusy. Nawet za zwykłą drogę musiałem zapłacić 26 zł za przejazd. San Luis Potosi ma bardzo ładne centrum historyczne ze starymi kościołami i teatrem. Wąskie uliczki i ładnie odnowione domy dodają temu miejscu uroku. Robię kilka zdjęć, szybko coś jem i po godzinnym spacerku postanawiam jechać dalej do San Miguel de Allende. To 180 km stąd, ale jest dobra i pusta droga. Niestety 20 km przed miastem wpadam w straszny korek i stoję między tirami przez godzinę. W końcu wszystko ruszyło, a ja dojechałem do miasteczka dopiero po 16. Co gorsza, zaczął padać deszcz i przez następne pół godziny ostro lało. San Miguel de Allende jest przecudowne. Położone w kotlinie, ma niesamowity klimat starego latynoskiego miasteczka. Są tu też oczywiście kościoły, place i rzeźby. Kolorowe domy, brukowane uliczki. Spędzam tu trochę za krótko czasu, ale już jest bardzo późno, a ja zmęczony muszę jeszcze dojechać do Leon. Na moje kolejne nieszczęście, przez Leon przeszła prawdziwa nawałnica i miasto stoi w mega korkach. Przez godzinę przebijałem się przez miasto do mojego hotelu. Zrobiłem dziś prawie 600 km i nie wiem czy mam siłę na kolejnych 500 jutro, by pojechać do Guadalajary.

21.9.2016, Leon, Meksyk

Po raz pierwszy, od nie wiem kiedy, podróżuję przez najbliższe 2 tygodnie z rzędu służbowo. Najpierw Leon w Meksyku, a potem Chicago. Do Leon czekała mnie długa podróż z 2 przesiadkami. Na lotnisku byłem o 6 rano, a na samolocie do Frankfurtu o 7 czekała niespodzianka - upgrade do biznes z powodu overbookingu. Zasiadam więc wygodnie i dostaję tacę z zimnym posiłkiem. 1.5h mija szybciutko. We Frankfurcie z uwagi na krótką przesiadkę na locie do Houston, nie udaje mi się nawet zajrzeć do saloniku. Mam jak zwykle średnie szczęście, bo po raz kolejny na karcie pokładowej znalazłem napis SSSS, czyli dodatkowa kontrola bezpieczeństwa. Na szczęście tym razem obyło się bez macanka, ale sprawdzali materiały wybuchowe.

Lot do Houston trwał 10h. Udało mi się na odprawie online wybrać miejsce na górnym pokładzie Airbusa A380 zaraz za biznes klasą przy przejściu awaryjnym w środkowym rzędzie. Chyba najlepsze miejsca w economy w A380. Klasa ekonomiczna na górze jest bardzo mała, więc jest wrażenie intymności. W dodatku miałem miejsce obok siebie wolne, a z przodu mnóstwo miejsca na nogi. Zamówiłem także posiłek nisko-kaloryczny, ale niestety nie był aż tak urozmaicony jak te w Qatar. 10h jakoś zleciało na oglądaniu filmów. W Houston miałem 3:45h na przesiadkę. 1.5h odstałem w kolejce do immigration (Welcome to US!) - nieznosze tego. Potem kolejka do kolejnej kontroli bagażu, gdzie nie ma kolejki priority. W końcu po 2h zasiadłem w United Club, który oczywiście jest kiepski w porównaniu do europejskich. Na locie do Leon miałem potwierdzony upgrade do biznes za vouchery z United. Embraer 175 znany z LOT, tutaj ma prawdziwie duże fotele dla biznesu, gdzie w rzędzie mieszczą się tylko 3. Samolot nówka sztuka, ale niestety pojawił się jakiś techniczny problem, wróciliśmy do gate i po wejściu mechaników odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem.

W samolocie do jedzenia dostaję tackę z wrapem z kurczakiem, orzeszki, ciasteczka i sałatkę. Smaczniejsze, niż LH na locie WAW-FRA. Przysypiam na trochę i już po zmroku o 20.30 ląduję w Leon. Miasto ma ponad milion ludzi, ale terminal lotniskowy na tyle mały, że idziemy pieszo po płycie. Szybka kontrola i zabiera mnie transport hotelowy do Crowne Plaza. Prysznic i śpię bez przerwy przez następne 8h

Do czwartku mam spotkania, a później może się uda coś zobaczyć w okolicy. Dopiero w niedzielę lecę do Chicago.

6.9.2016, Erewań

Już drugi raz przymierzamy się do Armenii. Kilka lat temu kupiliśmy bilet za mile, ale z powodów osobistych musieliśmy go oddać. Tym razem obecna promo LOT była zbyt dobra, by ją odpuścić. 1440 zł za bilety dla 3 osób to super oferta w ten rejon świata. Do wyjazdu co prawda jeszcze ponad 7 miesięcy, ale dzięki temu lecimy na idealny weekend majowy. Wylot w piątek wieczorem 28 kwietnia i powrót rano 4 maja. Mamy 5 pełnych dni na miejscu, więc może uda się też zajrzeć do Nagornego Karabachu.

15.8.2016, Karkonosze

Od kilku lat zbierałem się do wyjazdu w Karkonosze, gdzie ostatni raz byłem w szkole podstawowej, ale długa droga samochodem skutecznie zniechęcała. Teraz po otwarciu łącznika autostrady A1, Wrocław i Dolny Śląsk stały otworem. Z rezerwacją noclegu chcieliśmy czekać do ostatniej chwili by potwierdzić dobrą pogodę. Koniec końców, jak to w długi weekend, obłożenie było 100%. Nocleg zarezerwowaliśmy zatem w Harrachovie, zaraz za granicą. W piątek po pracy mimo wszystko bym tam nie dojechał, więc na piątek wieczór przespaliśmy się we Wrocławiu.

Odstawiliśmy Konradka na autobus na Wilanowskiej i pomimo początkowych korków na autostradzie, do Wrocławia dojechaliśmy w 2.5 godziny :). 180 kph spokojnie można sobie lecieć po nowych drogach. Tylko wielki żal, że za nowych rządów budowa dróg kompletnie stanęła. We Wrocławiu spaliśmy przy autostradzie, a o 6 rano w sobotę ruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby. Dojechaliśmy przed 8 i pomimo mżawki ruszyliśmy na szlak Wodospadu Kamieńczyka. Wodospad ma z 15 metrów i nawet ładnie wygląda w wąwozie. Mimo mżawki, ruszyliśmy w górę na Halę Szrenicką. Chmury nie pozwalały nic obejrzeć, zatrzymaliśmy się więc na chwilkę dłużej w schronisku i zjedliśmy naleśniki. Idąc w kierunku Szrenicy chmury zaczęły powoli ustępować. Od końca wyciągu na Szrenicę zaczęły się też tłumy. Chwila odpoczynku w schronisku i ruszyliśmy na Śnieżne Kotły. Jest to chyba najpiękniejsze miejsce tych gór - dramatyczne granie, pionowo lecą w dół i robią mega wrażenie. Stwierdziliśmy, że dobrze nam się idzie i że obejdziemy także to miejsce dołem. Schodzenie po gołoborzach było dość ciężkie, ale z dołu widoki równie fajne. Po 10h w górach doszliśmy do samochodu i ruszyliśmy na nasz nocleg.

Po śniadaniu w niedzielę pojechaliśmy do Karpacza. Byliśmy tu po 9, ale jakoś wielkiej ilości osób nie było widać. Tym razem wzięliśmy kolejkę na Kopę i dalej poszliśmy na Śnieżkę. Góra raz była przykryta chmurami, a raz odsłonięta, ale jak poszliśmy w górę to było już ładnie. Główne podejście w sporym korku, ale nie czekało się nigdzie jak widzieliśmy w TV kolejki na Giewont. Ze Śnieżki poszliśmy na Słonecznik, który ma piękne odsłonięte skały na szczycie. Bardzo ładnie wygląda. Stąd już tylko pół godzinki w dół do Pielgrzymów - podobnych wychodni skalnych. Po następnej godzinie, a w sumie 6, byliśmy z powrotem przy samochodzie. Po powrocie do Harrachova, zjedliśmy jeszcze bardzo smaczną kolację w jednej z knajp i leczyliśmy obolałe nogi. Tyle marszu po górach, gdy siedzimy latami za biurkami, to jednak jest wyzwanie.

Poniedziałek to powrót. Zajechaliśmy do Książa do zamku, ale godzinna kolejka do kasy skutecznie nas zniechęciła. Podziwialiśmy Zamek z zewnątrz i punktu widokowego. A z Wrocławia do domu znowu niecałe 2.5h :-)

Archiwum
2016 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2016 Piotr Wasil