27.10.2017, Mumbaj

3 tygodnie po powrocie z Pacyfiku byłem znów w drodze. Tym razem Lufthansą przez FRA dotarłem do Mumbaju. Miejsce 18D zaraz za biznes klasą, a przed Economy Premium to chyba najlepsze miejsce w Boeingu 748i, jednym z nowszych Lufthansy. Firma co prawda sponsoruje Premium Economy na długich lotach, ale wszystkie miejsca były zajęte i nawet nie było jak wykupić. Zresztą moje miejsce bardziej mi się podobało.

W Mumbaju z powodu ostatniej popularności e-visa, spędziłem ponad godzinę na lotnisku zanim przeszedłem przez immigration. Szybki skok do Hyatt obok lotniska i można było iść spać. W Mumbaju 3 tygodnie temu skończyła się pora deszczowa. Lało przez 2 miesiące non stop, a teraz nie było ani chmurki i temperatura 34 stopnie. My jednak nigdzie się nie ruszaliśmy poza hotelem, samochodem i biurem. Raz wyszliśmy do restauracji niedaleko hotelu, ale to było na tyle. Powrót Swissem nie zwiastował niespodzianek. Odlot 15 minut po czasie zawsze powodował, że przylatywało się przed 6 do Zurichu. Siedziałem na środkowej czwórce i pani z drugiego końca się przesiadła. Zaległem więc na 4 fotelach i wyspałem się jak w biznes klasie. Niestety na trasie musiałbyć jakiś mega wiatr, bo dolecieliśmy 30 minut po czasie rozkładowym, czyli o 6:40. A o 7:10 odlawywał mój samolot do Warszawy. Zaraz po wyjściu z samolotu dostałem nową kartę pokładową na lot o 12:10, ale widząc na ekranach, że Warszawę ciągle boardują to biegłem do bramki. Dobiegłem jeszcze przed zamknięciem, ale nie chcieli mnie już wpuścić do samolotu, mimo, że 2 lata temu w podobnej sytuacji zmienili mi samolot z powrotem. Ponoć się 5 minut spóźniłem. Poszedłem więc do transfer desk zapytać o miejsca na LOTo 10:25, ale ponoć wszystkie miejsca były zajęte. Dolecę więc 5h później i mam nadzieję, że Swiss nie będzie robił problemów z wypłatą 600 euro odszkodowania.

A tymczasem nasz plan na Karaiby się delikatnie zmienił, bo LIAT skasował loty z Antigua do Dominiki. Nie odwiedzimy zatem Antigua, polecimy bezpośrednio Barbados-Dominika.

15.10.2017, Karaiby

Dopiero wróciliśmy z Pacyfiku, a czas już planować Karaiby na święta. Lecimy 14 grudnia na Martynikę. Wynajmiemy samochód i 15go zwiedzimy wyspę. 16go w południe płyniemy na St. Lucię. Chciałem lecieć samolotem, bo 2 miesiące temu bilety były tańsze niż prom, ale teraz podskoczyły. Na St. Lucii też wynajmiemy samochód na 1 dzień, a drugi dzień pochodzimy po Castries i poplażujemy.

19 grudnia mieliśmy lecieć na Barbados, ale bilet z przesiadką przez St. Vincent był tylko 15$ droższy. Mamy więc 5.5h na przesiadkę, z czego 4h poświęcimy na zwiedzanie wyspy. Wynajmujemy samochód z przewodnikiem. Nie uda się zdobyć wulkanu, ale zobaczymy większość ciekawych miejsc. Grenadyny, czyli wysepki, które są częścią tego państwa zostawimy na inny raz. Wieczorem 19-go zatem wylądujemy na Barbadosie. 20go będziemy zwiedzać tę wyspę wynajmowanym samochodem.

21-go lecimy na Dominikę. Znów zamiast brać bezpośredni lot, to za 15$ więcej lecimy przez Antigua. Tam mamy 7h na przesiadkę, więc 6h na zwiedzanie. Wynajmiemy samochód i objedziemy wyspę. Na Dominikę mam nadzieję, że dotrzemy wieczorem. Po ostatnich huraganach, wyspa na razie nie przyjmuje turystów. Mam nadzieję, że w 2 miesiące się ogarną. Jeszcze nie wiemy czy da się wynająć samochód czy będziemy używać lokalnego transportu.

Ostatni etap to prom lub przelot na Gwadelupę. Nie chcę jeszcze kupować, bo nie wiem czy Dominika będzie otwarta dla nas. 24-26 grudnia spędzimy na Gwadelupie, skąd późnym wieczorem mamy wylot do Polski. Tu też wynajmiemy samochód.

W planie zatem 7 wysp w 13 dni. Spore tempo, ale mając samochód bezproblemowo można zobaczyć większość z tych wysepek przez 1 dzień.

30.9.2017, Taroko National Park, Tajwan

Jeżeli miałbym zobaczyć jedną rzecz na Tajwanie to wybór padłby na Taroko National Park. Tak planowałem dni na Tajwanie by tam dotrzeć. Trochę plan został okrojony w stosunku do oryginalnego, bo planowo mieliśmy mieć dzień więcej, ale jest jak jest. Wstajemy jeszcze przed 6 i o 7:45 jesteśmy już w drodze. Jedziemy przez Tajpej i chyba pierwsze 95km po wiaduktach i tunelach. Potem autostrada się kończy i zaczynają się serpentyny, gdzie jedzie się max 40 kph. Zatem pierwsza część podróży trwałą 1:15, a druga o tej samej długości 2:15. Po 11 od razu wjeżdżamy do Taroko National Park i szczęki nam opadają na widok strzelistych grani wąwozu. Zaczynamy od Eternal Spring Shrine, gdzie fantastycznie widać kanion, pagodę oraz wodospad pod nią. Niestety szlakiem nie można dość pod samą pagodę. Jedziemy dalej. Co chwila zatrzymujemy się i podziwiamy wspaniałe formacje skalne, wysokie skały, tunele częściowo otwarte i dojeżdżamy do Swallow Grotto Trail. Widoki są niczym z kosmosu! Światowa czołówka wąwozów. Do tego te wszystkie wiszące mosty. Jeździmy, chodzimy, oglądamy do 16 i w pełni nasyceni widokami jedziemy do Hualian na nasz ostatni nocleg. Ten park to prawdziwa wisienka na torcie naszej podróży. Zdecydowanie polecam każdemu kto będzie na Tajwanie.

Jutro lot do Szanghaju mamy dopiero o 17:40. Postaramy się jeszcze o coś zahaczyć po drodze zanim oddamy samochód na lotnisku.

29.9.2017, Tajpej, Taiwan

Nasz hotel jest całkiem fajnie położony. Kosztuje tylko 10k punktów IHG, taksówka z hotelu kosztuje 60 zł, obok jest centrum handlowe z dobrymi restauracjami, 7-eleven na drobne zakupy, a przy hotelu przystanek autobusu 1816, który w 45 minut zawozi do centrum Tajpej. Jedziemy właśnie tym autobusem i wsiadamy w metro na końcowy linii czerwonej i idziemy na szlak na Górę Słonia, z której jest przepiękny widok na miasto i jej najwyższy budynek, czyli Taipei 101. Na górę prowadzi 650 schodów i pocę chyba wszystko co mam w sobie. Daję jednak radę :-). Widok faktycznie super, ale generalnie nad miastem jest smog i przejrzystość dość kiepska.

Wracamy na metro. Po drodze Konrad bawi się trochę na placu zabaw, gdzie dla rodziców na ławkach są gniazda USB do ładowania telefonów. Ogólnie Tajwan robi totalnie inne wrażenie niż Chiny, jest tu bardzo przyjemnie, ludzie zachowują się cicho, a infrastruktura jest lata świetlne przed np. Polską. Metrem jedziemy do świątyni Longshan, czyli najsłynniejszej na Tajwanie. Jest super. Wejście darmowe, a w środku Tajwańczycy modlący się, rzucający kostkami (jak odpowiednio wypadnie to przyniesie szczęście) i palący kadzidełka. Następnie idziemy coś zjeść i trafiamy do lokalnej garkuchni, gdzie wybieramy sobie do jedzenia co chcemy.

Czas leci szybko i o 14 postanowiliśmy się rozdzielić. Monika z Konradem jadą do Zoo, a ja chodzę jeszcze po centrum obejrzeć główny plac z bramą, teatrem narodowym, salą koncertową i grobowcem Czang Kaj-Szeka (w remoncie). Zbieram się zaraz po tym i jadę metrem lotniskowym do stacji Taoyuan HSR, gdzie mam odebrać samochód. Przez kilkadziesiąt kilometrów, pociąg jedzie tylko po wiaduktach. Samochód odbieram bezproblemowo i jadę po Monikę i Konrada do Zoo. Po drodze podziwiam niesamowitą infrastrukturę drogową. Autostrady wszystkie są na wiaduktach, ciągną się po kilkadziesiąt kilometrów. Mają po 3-6 pasów i często skrzyżowania po 3-4 poziomy. Niesamowite. Do tego ruch jest bardzo duży.

Dzisiaj rano wyjechaliśmy na północne wybrzeże. Jak wjechałem na wiadukty pod hotelem to wyjechałem 60 kilometrów dalej. Pierwszy punkt to park geologiczny Yehliu. Niestety jak tam dojechaliśmy to lało jak z cebra i nie zamierzało przestać. Poczekaliśmy pół godziny i postanowiliśmy ruszyć dalej, a tutaj wrócić. Jedziemy więc nad wodospady Shifen. Tu lekko kropi, ale kupujemy płaszcze przeciwdeszczowe. Jak ruszyliśmy zwiedzać to znowu zaczęło ostro padać. Zwiedzanie mieliśmy w mega deszczu. Same wodospady bardzo ładne i mają dużą siłę.

Następnie jedziemy do Jiufen ze słynną Old Street. Miasteczko znajduje się pośród gór i serpentyn i jest pięknie zabudowuje wzgórze. Uliczka to jeden wielki targ. Spodziewałem się czegoś innego, ale klimacik był. Jemy tu obiad i ruszamy w dół na wybrzeże do Nanya Rocks, czyli pięknych formacji skalnych na wybrzeżu, które są kolorowe i ułożone pofałdowanymi warstwami. Zaglądamy jeszcze na sam kraniec północno-wschodni do Bitou, ale w sumie nic ciekawego i trzeba by było ruszyć na szlak by coś zobaczyć. Przestało w końcu padać, więc postanawiamy szybko wracać do Yehliu. Po godzinie drogi jesteśmy i mamy szczęście z pogodą. Jednak Konrad nam zasnął, więc idę sam. Wejście to tylko 10 złotych, a same formacje skalne tego parku to klasa światowa. Są grzybki, maczugi, profil królowej czy lamparta. Razem ze skalistym nabrzeżem robi to świetną atrakcję. Na tym koniec dnia, wracamy do Tajpej, a jutro ruszamy do ostatniej atrakcji, czyli parku Taroko.

27.9.2017, Tajpej, Taiwan

Trzeci dzień w Yap stał pod znakiem deszczu. W nocy lało niemiłosiernie, a rano jeszcze nawet z białym szkwałem na zatoce. Jednak jak zjedliśmy śniadanie to przestało, więc zebraliśmy się wysłać kartki pocztowe i pojechać na plaże na północno-wschodni kraniec wyspy. Taksówka ma ustaloną stawkę 7.25$ za całkiem spory kawał jazdy. Na miejscu mamy piękną plażę oraz parę Rosjan z wynajętym samochodem, którzy przyjechali się poopalać. Odchodzimy trochę od nich by im nie przeszkadzać i kąpiemy się z godzinkę. Na szczęście słońce było za chmurami, więc można było posiedzieć. Niestety w oddali zaczęły zbierać się burze. Dosłownie widziałem jak zacznie padać zaraz obok nas. Runęła ogromna ulewa i ledwo zdążyliśmy się zebrać pod jeden z tutejszych pustych domków. Rosjanie coś chwilę rozmawiali i wyszli zapytać czy chcemy z nimi wrócić do Colonii. Uratowali nam tyłki, bo musielibyśmy w tej zlewie czekać jeszcze 1.5h na umówioną taksówkę. Podrzucili nas do hotelu i podziękowaliśmy im serdecznie.

Po obiedzie też na chwilę przestało padać więc postanowiliśmy się przejść po pozostałej części Colonii. Widzimy budynek ich sejmu, ministerstwa zebrane w jednym budynku i port. Potem idziemy na Stone Path, która jest pięknie utrzymana i prowadzi do wielu domostw, które żyją bez samochodu. Wieczór to znowu deszcz, więc kładziemy się wcześnie spać i budzimy się o 23:30. Po wejściu do łazienki zastajemy ogromnego karalucha chodzącego po blacie. Zgłosiłem fakt w recepcji, powiedzieli, że się zdarza, choć nie oczekuję takich niespodzianek po hotelu za 300 zł. Po północy meldujemy się na lotnisku. Tutaj są tylko dwa stanowiska odpraw, bo i tylko United lata. Duże bagaże są ręcznie sprawdzane. Małe zresztą też, bo nie mają skanerów. Mają tylko bramkę od wykrywania metali. Czekamy w mini poczekalni z ok. 60 osobami, w tym 15 białymi na samolot. Większość z nich tu nurkowie. Do samolotu wchodzimy o czasie, ale ponad godzinę schodzi obsłudze załadowanie cargo i wypoziomowanie samolotu. Masakra. Dolatujemy więc do Guam solidnie spóźnieni, choć dla nas to nie problem, bo planowo mieliśmy czekać od 3:30 do 7 rano na przesiadkę.

United Club na szczęście wpuścił nas we trójkę na moją złotą kartę i zjedliśmy porządne śniadanie. Tym samym samolotem polecieliśmy do Manili. Na pokładzie średnio kiepski posiłek, a my przez te 3.5h jakoś zabawialiśmy Konradka. W Manili mieliśmy 4h na przesiadkę. Są tu 4 terminale i przy zmianie terminala trzeba przejść przez immigration, na szczęście my jesteśmy w obrębie pierwszego. W saloniku spędzamy cały ten czas, a Konrad ponad 2h przesypia na dwóch złączonych fotelach. Na koniec przewozi nas (też spóźniona) EVA Air do Taipei i bierzemy szybko taksówkę do hotelu Holiday Inn Express, zarezerwowanego za punkty. Pierwsze wrażenia z Tajwanu spoko. Jemy w centrum handlowym i idziemy spać, bo jutro zwiedzanie stolicy i odebranie samochodu.

Archiwum
2017 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil