2.3.2010, Jordania
Plecak 30 litrowy spakowany i jedziemy na tydzień do Jordanii. Lądujemy o nieziemskiej porze 3.20 i pewnie od razu śmigamy w stronę Petry. Na pewno jeszcze obejrzymy Wadi Rum i rafy w Aqabie. Co jeszcze? Nie wiadomo. Fajnie będzie wrócić na Górę Nebo, może znowu nad Morze Martwe, Jerash..., a może do Jerozolimy, która powala na kolana? Wszystko okaże się na miejscu.
7.3.2010, Amman
Jestesmy juz po petli i najwazniejszych miejscach w Jordanii. Najpierw z lotniska pojechalismy od razu do Petry, gdzie placac az 33 JD (ok. 33 euro) od osoby zwiedzalismy te wspaniale zabytki. Ceny ogolnie w Jordanii bardzo poszly w gore na przestrzeni tych 9 lat. Hotel stargowalismy na 15JD za dzien, dodatkowo 4JD za dinner wieczorem. Ten ostatni akurat polecam, bo jest caly wielki stol z przysmakami arabskimi. Mozna sie najesc do syta.
Z Petry chcielismy pojechac do Wadi Rum, ale byl piatek i gosciu w autobusie cos zaczal sciemniac, ze on nie pojedzie. Wraz z Niemka wbilismy sie wiec do Hiluxa naszego niedoszlego przewodnika, ktory zawiozl nas do wioski. Tam wreczylem mu 5JD od osoby, czyli cene autobusu i powiedzialem by sie odczepil. Przechwycil nas tam jego znajomy Beduin, z ktorego synem pojechalismy na wycieczke za 30JD od osoby z kolacja, sniadaniem i noclegiem na pustyni. Jezdzenie po pustyni mialo byc ok. 6h, a po 4,5h skonczylismy program. Mimo wszystko bylo warto, bo to jedno z piekniejszych miejsc jakie widzialem i takze jedna z piekniejszych pustyn na swiecie. Na kolacyjke najedlismy sie kurczaka przyrzadzonego w bardzo oryginalny sposob, czyli zakopany w ziemi i wedzony.
Wczoraj rano za 1JD dojechalismy do Aqaby, gdzie powital nas najwiekszy dotad upal. Zreszta juz od Petry zjarani jestesmy na maxa, a wcale nie wydaje sie az tak upalnie. Jest dosc chlodny wiatr, ale slonce swieci bardzo mocno. Po poludniu pojechalismy na plaze do Ogrodow Japonskich poplywac w okularkach i podziwiac rafy. Niesamowite miejsce. Wracajac zabral nas autobus poczatkowo w druga strone i dojechal do granicy z Arabia Saudyjska. Potem w druga strone i bylismy w miescie. Wieczorem z naszego balkonu z widokiem na morze podziwialismy oswietlony Ejlat.
Dzis postanowilismy pojechac do Ammanu i tu spedzic reszte dni robiac wypady do Madaby, Gory Nebo i Jerash. Dzis zwiedzamy Amman, choc duzo tu nie ma. Widzielismy juz Teatr i zwiedzamy souki.
9.3.2010, Amman
Wczoraj pojechalismy na wycieczke do Madaby. Autobus strasznie zlomiasty ale jakos sie dotoczylismy. Centrum Madaby przygotowane pod turystow ze sklepami z pamiatkami. Natomiast same mozaiki rewelacja, szczegolnie mapa Ziemi Swietej. Po krotkich targach pojechalismy na Gore Nebo. Szkoda, ze kosciol remontuja, a raczej stawiaja od nowa na ruinach starego. Przez to nie mozna bylo podejsc pod slynny krzyz. Popatrzylismy na Ziemie Swieta, tak jak przed laty Mojzesz i zabralismy sie z powrotem do Madaby stopem. Nic tam nie jezdzi publicznego, ale pewien Jordanczyk zabral nas za friko. Dzis bylismy w Jerash. Nasze wkurzenie siegnelo limitu patrzac na cene wejscia 8JD. Za duzo..., wiem ze te ruiny sa nawet ladne, ale kasa za duza. Weszlismy wiec przez srodek obok visitor center i popatrzylismy za darmo na pierwsza czesc. Do drugiej sprawdzali ponownie bilety i sciema, ze zgubilismy nasze nie przeszla. No trudno. Na koniec pobytu w Jerash poklocilismy sie jeszcze w autobusie o 0.2JD. To byla raczej zasada, bo dlaczego mamy placic wiecej niz miejscowi?
Teraz zabijamy czas w downtown i wieczorem uciekamy na lotnisko. Jutro rano juz w Warszawie.
24.3.2010, Chicago
Najpierw samolot do Dusseldorfu Lufthansa, gdzie bylo calkiem milo i fajnie w CRJ900, potem oczekiwanie na lot do Newark. Mnostwo ludzi w terminalu wskazywalo, ze samolot bedzie pelny. Wchodzilem jako jeden z ostatnich dajac moja wydrukowana karte pokladowa z odprawy online. Nagle pani mowi bym poczekal, idzie po druga karte i mowi mi, ze zostalem zaproszony do business class! No, to lubie :D. W nowiuskim A330-300 business class jest naprawde fajna. Przede wszystkim rewelacyjny jest fotel, ktory mozna dowolnie ruszac i rozkladajacy sie calkowicie. O masazu nie wspominam. Niezbyt wiele, ale bardzo dobre jedzenie - na przystawke wzialem kaczke, potem rybke, na koniec sery i deser. Na pozegnanie tez dosc dobry posilek. Napojow wszelakich non stop pod dostatkiem oraz bardzo dobre wina. 8h 15 min zlecialo momentalnie i w ogole nie bylem zmeczony. W Newark mialem niecale 1,5h na przesiadke, wiec w immigration poszedlem do stanowiska z zielonymi kartami i nie musialem czekac. Nikt sie nie czepil. Niestety na ekranach zobaczylem opoznienie mojego samolotu United do Chicago, dodatkowo trzeba bylo czekac w bardzo dusznym terminalu, bylo chyba ze 30 stopni. To oczekiwanie i 2h lot w pelnym samolocie i na srodkowym siedzeniu zmeczyly mnie bardziej niz lot przez Atlantyk. Na lotnisku taksoweczka do hotelu, szybki prysznic i padam ze zmeczenia po 16h podrozy. Do czwartku wlacznie mam meetingi, a potem odlot do San Salvadoru. Wracac bede tydzien pozniej z Gwatemali, wiec niedlugo zaczyna sie przygoda.
26.3.2010, Salwador i Gwatemala
Jutro o 3.30 pobudka, o 4 taksówka na lotnisko i o 5.30 wylot do Houston. Tam 50 minut na przesiadke i lece do San Salvador.
Plan jest taki by pojechac od razu do miasteczka Suchitoto i zrelaksowac sie troche. Nastepnego dnia przejazd do Parku Cerro Verde i szwedanie sie po okolicach z widokiem na wulkany. Niedziela wejscie na wulkan. Poniedzialek przejazd do Antiguy w Gwatemali i wtorek tez tam. W srode i czwartek bede nad jeziorem Atitlan, a w piatek rano wylatuje z Guatemala City przez Houston, Chicago, Frankfurt do Warszawy.
26.3.2010, Suchitoto, El Salvador
Dojechalem na lotnisko o 4.30 i mialem godzine na odprawe. Normalnie w budce to zaden problem, bo przeciez mam tylko podreczny, ale tym razem sie nie dalo. Powod taki, ze pracownik musi zweryfikowac paszport jak sie leci za granice. Kolejka do economy masakryczna i wszyscy z ogromnymi bagazami, wiec sie wbilem do First Class. Pani na szczescie nie wnikala i za chwile mialem boarding pass, ale bez przyznanego miejsca siedzacego - niezla glupota. Przy bramce musialem podejsc do nastepnego pracownika i dopiero tam dali mi miejsce. Najwiekszy z serii 737, czyli Boeing 737-900 byl totalnie pelny. Widac ze duzo ludzi lecialo z przesiadka w Houston to roznych miast Ameryki Centralnej na urlop, przede wszystkim do Kostaryki. Na lotnisku w Houston przekonalem sie, ze ze mna nikt nie leci i sa ze mna praktycznie sami latynosi. Oba loty trwaly wlasciwie tyle samo, na pierwszym locie bylo tylko cos do picia, a na drugim juz kanapka na cieplo z jajkiem i serem, banan i muffin. 11.15 wysiadlem z samolotu i poszedlem do kontroli paszportowej. Ponoc cos powinienem placic za wjazd ale nic nie placilem. Wyjscie na zewnatrz i uderzenie ciepla - jest 35 stopni. Przebilem sie przez parking, wsiadlem w 138 i za 60 centow pojechalem 45km do centrum San Salvador. Pierwsze wrazenie ok, nikt sie nie czepia, ludzie nawet sie usmiechaja i pomagaja, pare osob chodzi z bronia. W centrum San Salvador chcialem sie szybko przesiasc na autobus do Suchitoto, ale chwilke sie przeszedlem. Miasto to jeden wielki stragan oraz chmary autobusow robiace kleby spalin. Wbilem sie w autobus miejski i podjechalem za 20 centow do Dwroca Wschodniego. W Salwadorze dolar jest obowiazujaca waluta nawiasem mowiac. Troche szukalem autobusu do Suchitoto ale mi pomogli. Zaplacilem 65 centow, choc w przewodniku z 2007 jest cena 85. Chyba sie dolar umacnia :). Chicken bus jedzie 1,5h te kilkadziesiat kilometrow. Co chwila do autobusu wsiadaja chmary ludzi probujace sprzedac jedzenie, picie, szczoteczki do zebow, latarki, krotkie spodenki i albumy na zdjecia. Kazdy oczywiscie ma cos do powiedzenia.
W Suchitoto mialem namiary na najtansze miejsce w miescie, gdzie za 7 dolcow mozna miec pokoj. Jest on co prawda klaustrofobiczny, ale i tak sie tu tylko jedna noc kimne. Miasteczko jest fajne, nic sie nie dzieje. Centralna czescia jest plac ze starym i slynnym kosciolem. Fajny w srodku, bo drewniany, nawet kolumny. Uliczki brukowane i domki kolorowe, ale zasadniczo po godzinie juz wszystko obszedlem. Zjadlem sobie na ulicy jedzonko - jest duzo pan, ktore gotuja. Smacznie. Jutro ruszam dalej.
28.3.2010, Lago de Coatepeque, El Salvador
Po zmierzchu w Suchitoto nie bardzo bylo co robic, a aktywnosc komarow sie wzmogla, wiec wykorzystalem moskitiere nad lozkiem, zeby sie spokojnie wyspac. Poszedlem spac juz po 20 i szybko zasnalem. W nocy temperatura jakos zasadniczo nie spada i czulo sie te 30 stopni. Wczesniejszy prysznic niewiele pomogl. Budzilem sie pare razy, ale do 7 pospalem kiedy to zaczalem zbierac sie. Sniadanko w pobliskiej knajpce za 75 centow (jajko sadzone i ryz z fasola) i za chwile siedzialem w autobusie do San Salvador. Pod dworcem wschodnim nie moglem znalezc przystanku autobusu na dworzec zachodni wiec troche poszedlem na zachod z postanowieniem zlapania go. Niestety inne numery sie zatrzymywaly, a ten moj nie, wiec spacerek 5 minut w 35 stopniowym upale mnie czekal az doszedlem do przystanku. Nie musze dodawac, ze bylem caly mokry. Dojechalem w koncu na dworzec, gdzie wsiadlem w lepsiejszy autobus, ktory za 1 dolca zabral mnie do El Congo. Tu mialem 20 minut czekania do autobusu nad jeziorko i postanowilem, ze jednak bez sensu wchodzic jutro na ten wulkan, bo przy tej temperaturze calkiem sie rozplyne. Dojechalem wiec do polnocnego brzegu jeziorka z zamiarem znalezienia czegos do spania i jedzenia. Wiedzie tu waska gruntowa droga ale nasz chickenbus daje rade. Wysiadam przy polecanym w przewodniku hotelu, a tu cena zamiast 10 to 35 dolcow. Troche przesada. Zaczalem sie targowac i wyszloby niby 25 ze sniadaniem, ale to tez za duzo. Zaczalem sie wiec troche wracac bo tu jest kilka hotelikow. Wszedlem do jednego z duza restauracja i pelna ludzi - widac salwadorczycy ze stolicy lubia tu przyjezdzac. Pokoj po 40, ale gosciu mowi ze maja inne po 20. Ten po 20 to standard jaki mialem wczoraj za 7, ale mam widok na jezioro i wulkany oraz zejscie po schodkach i 5 minut do jeziora. Stargowalem na 15 i zjadlem na dole super obiad za 6. Poplywalem troche w jeziorze, woda ma swietna temperature,. Probowalem troche pochodzic po okolicy, ale od drogi na prawo i lewo wszystko poogradzane no i kreci sie pelno bezdomnych psow. Z wyniesionej lekcji z Tadzykistanu, omijam wszystkie szerokim lukiem ;). Zaraz jeszcze pojde sie wykapac w jeziorku i za godzine bede podziwial zachod slonca nad jeziorkiem i wulkanami.
29.3.2010, Antigua, Gwatemala
Po 8h transportu chicken busowego jestem w Antigua. Spod jeziora wzialem autobusik do Santa Ana. To tylko 17km, a jedzie ponad godzine. W sumie sie nie dziwie skoro sie wspina bardzo wolno i potem stoi w miescie po drodze przez pol godziny...
Z Santa Ana wzialem nastepny autobus, a potem kolejny by zameldowac sie na granicy. Podobal mi sie transport w Salwadorze, ani razu nie zaplacilem wiecej niz dolara za autobus :D. Formalnosci graniczne przeszly bezproblemowo i znowu nikt nie chcial ode mnie zadnej kasy, a ponoc placi sie 10 dolcow. 300m w upale musialem przejsc pod gore do przejscia gwatemalskiego. Tu sie wchodzilo do srodka budynku i byla taka klima, ze az nie chcialem wychodzic. Na granicy stal chwile komfortowy autobus, ale nie chcial mnie zabrac, zostal mi wiec tylko chicken bus do Guatemala City. Zaplacilem 25 quetzali (wczesniej wymienilem na granicy 20$ po kursie 7.5) i po prawie 3h dojechalem do stolicy. Przedmiescia bardzo ladne - nowe osiedla, oczywiscie szczelnie zamkniete i pelno centrow handlowych. Zjezdzajac z gory widac bylo pieknie stolice w dolinie cala pograzona w spalinach. W tej zonie, gdzie autobus sie zatrzymal zrobilo sie juz jednak hardkorowo i niezly syf. Wszyscy wszedzie straszyli jakie to niebezpieczne miasto, ale zasadniczo wystarcza zwykle srodki ostroznosci. Ja nie ryzykujac wsiadlem w taksowke i tez za 25 quetzali po targowaniu taksiarz podrzucil mnie do przystanku autobusow do Antigua. Akurat stal jeden, nie mialem drobnych wiec pojechalem za dolara.
Byla juz 15, a ja tylko pare plackow na sniadanie jadlem i chcialem od razu cos zjesc. Pare knajp w drodze do centrum szokowalo cenami, ale znalazlem fajna jadlodajnie, gdzie sobie wybralem wolowine, ryz, salatke, coca cole i zupe za lacznie 35. Niezly deal i najadlem sie do syta. Pierwsze hoteliki jakie napotkalem tez drogie, ale trafilem w koncu na jedynke z lazienka za 100. Uczciwa cena. Pan mowi, ze jutro cena rosnie do 200, bo jest jakies swieto. Chcialem zostac dwa dni, ale to troche przesada ta cena. Mialem jutro wchodzic na wulkan Pacaya, ale sa takie chmury, ze zadnego z okolicznych nawet nie widac. Mam wiec dwa argumenty by jechac jutro nad jezioro Atitlan, a w srode tu wrocic i wejsc na wulkan w czwartek. Antigue juz zlazilem. Jest zajebista. Brukowane uliczki, kolorowe kamienice i klimat ogolnie rewelacyjny. Jest masa ludzi z powodu swieta i chodza ogromne procesje, ktore jeszcze dodaja klimatu. Na targu widzialem duzo fajnych rzeczy nadajacych sie na pamiatki, wiec jak tu wroce to w czwartek przed odlotem moge kupic. Teraz troche bez sensu dzwigac. Jutro rano jeszcze pochodze sobie by zobaczyc jak to wszystko wyglada bez ludzi i kolo poludnia zabiore sie do Panajachel.
30.3.2010, Lago de Atitlan, Gwatemala
Dzis rano o godzinie 7 wyszedlem sobie poogladac Antigue bez ludzi. Dalej robi wrazenie i jest spokojnie. Natomiast nie moglem znalezc nigdzie nci otwartego by zjesc cos na sniadanie. W koncu po godzinie chodzenia trafilem do jakiejs piekarni i kupilem drozdzowki. Wulkanu dalej nie widac..., wszystko spowite w chmurach i mgielka na pewno robi klimat, ale otaczajace wulkany to przeciez symbol Antiguy, wiec troche lipa. Kolo 10 zabralem sie na autobus, najpierw do Chimatenango, potem dalej do jakiegos skrzyzowania, potem juz myslalem, ze do Panajachel, ale zatrzymalismy sie w Sololi 9km przed. Prawie cala droge az do tej pory padal deszcz, wiec cieszylem sie, ze nie kupilem tej wycieczki na Pacaya. Na glownym placu w Sololi jest lokalny market, wiec troche pochodzilem z aparatem strzelajac z biodra ;). Market prawdziwy autentyk, zadnych turystow i tandety dla nich. Skoczylem tez do knajpki na obiad i wsiadlem w nastepny autobus. Droga do Panajachel to 9km ostrego zjazdu w dol, gdzie wylaniaja sie widoki na jezioro Atitlan otoczone wulkanami. Miescina to mekka turystow, wiec jest zatrzesienie hoteli i restauracji. Wpadlem do pierwszego z brzegu, ktory mial kilka zalet - nie trzeba daleko nosic plecaka, jest 70m od glownej drogi wiec cicho i kosztuje tylko 50 quetzali, wiec 6$. Pokoj jest maly, ale czysta posciel a takze wspolna lazienka. Rzucilem rzeczy i poszedlem od razu nad jezioro i az mnie zamurowalo tak jest tu pieknie. Nawet nie przeszkadzaja mi te chmary turystow, mozna sobie siasc na uboczu i podziwiac widoki. Po takiej chwili poszedlem na przystan lodek do San Pedro, czyli wioski po drugiej stronie jeziora. Z jeziorka otoczenie wyglada jeszcze bardziej imponujaco, a do wioski szybka lodzia motorowa plyniemy az 35 minut. Lokalni placa po 15q, a turysci po 25. Troche sie klocilem, ale odpuscilem. To pierwszy przypadek na wyjezdzie, ze zdzieraja wiecej z turystow, a ja w sumie za 4zl nie bede psul sobie krwi. W San Pedro od razu idzie sie pionowo pod gore, bo wioska jest na zboczu wulkanu. Waskie brukowane uliczki i multum kolorowych lokalnych ludzi robi klimat. Polazilem z godzinke i trzeba bylo wracac. Do hotelu szedlem z postanowieniem kupienia t-shirta z gwatemali (to do samolotu zamiast prania jednej koszulki ;) i kupilem takowy za 40q oraz nie moglem sie powstrzymac i kupilem dwie duze maski. Nie wiem jak bede z tym jezdzil, duzo juz mi nie zostalo, a jednak do domowej nasciennej kolekcji bedzie jak znalazl.
Zastanawiam sie co dalej, bo tu jest tanio i fajnie, a nie wiem czy Antigua z cenami x2 w swiateczny tydzien nie zabije mojego budzetu. Do tej pory wydaje ok. 20-25$ dziennie, bo jest dosc tanio. Jutro chyba pojade do Chichicastenango na dzienna wycieczke, plecak zostawiam w Panajachel. Nie mam pomyslu na srode, bo w czwartek musze juz wrocic do Guatemala City, skad w piatek o 6.45 mam wylot.
30.3.2010, Chichicastenango
Dzis rano wybralem sie do Chichi - taki skrot co by nie lamac jezyka. Akurat Gwatemalczycy bardzo czesto skracaja nazwy miast, tak wiec Guatemala City to Guate, Chichicastenango to Chichi, Panajachel to Pana, itd.
W Chichi w kazdy czwartek i niedziele odbywa sie wielki targ. Dzis akurat wtorek, ale targ tez calkiem niezly. Oprocz tego brukowane uliczki i kolorowe domy - standardo gwatemalski. Posiedzialem 2h i zaczalem wracac tym razem z przesiadkami i zatrzymalem sie w Sololi (tu gdzie wczoraj). Dzisiaj to tu jest dopiero targ, pol miasta rozstawione kramami i przejsc sie nie da. Dobilem sie jakos do knajpy, gdzie zjadlem obiad i wrocilem do Panajachel. Mam problem z jutrem, sprawdzalem ceny na hostels.com i najtansze lozko w Antigua kosztuje prawie 20 euro. Troche przesada, zatem wulkan bedzie musial poczekac. Posiedze tez w Pana jutro, moze znowu poplyne do jakiejs wioski lodka i pochodze wokol jeziora. W czwartek do Gwatemala City, gdzie udalo mi sie zabookowac za 10 dolcow hostel pod samym lotniskiem.
Archiwum
2017 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil