3.6.2016, Dakka, Bangladesz

Gdy miałem jechać po raz 12 do Indii, pomyślałem, że może warto skoczyć gdzieś w bok. Zrobiłem tak tylko przy pierwszym pobycie w Indiach, gdzie pojechałem do Agry, a teraz była znowu okazja na kilkudniowy wypad. Rozważałem kilka wariantów, ale najciekawszym wydawał się przelot do Bangladeszu. Kupiłem zatem bilety w Turkish (WAW-DAC i powrót BOM-WAW) oraz Biman i Jet Airways by polecieć z Dakki do Bombaju (niestety bezpośrednie loty przekraczały mój budżet na bilet).

Krótkie przesiadki były plusem do tego połączenia, ale musiałem lecieć LOTem do Stambułu, bo lecący 2h później Turkish nie zdążyłby na przesiadkę. W Embraerze 175 LOTu było może niecałe 50 osób. Z ichniejszym serwisem, nie mają co konkurować z Turkishem, który zabiera 200 osób i podaje pełny posiłek. Stare regulacje nie pozwalają Turkishowi robić większej ilości rejsów do Warszawy, a chcieliby także otworzyć Kraków. Niemniej jednak w Stambule byłem mniej więcej o czasie i udałem się do wspaniałego saloniku, który już wcześniej opisywałem przy podróżach do Malezji. Zjadłem trochę miejscowych przysmaków i ruszyłem do Airbusa A333, gdzie miałem miejsce przy wyjściu awaryjnym. Samolot był wypełniony w ok. 80%, a oprócz mnie było może z 5 białych, z czego prawie same kobiety o dziwo.

Serwis niestety się pogorszył - dostałem jakiś kiepski makaron, nie było żadnej sałatki czy sera. Drugi serwis przespałem próbując nadrobić trochę snu, bo lądowaliśmy o 4:45 rano. Załoga jak to w Turkishu średnio miła, a jedna stewka wręcz opryskliwa w stosunku do wszystkich pasażerów. Po wylądowaniu udałem się do budki z Visa on Arrival. Siedziało 4 panów, z czego dwóch spało na krzesłach. Zaczęliśmy wypełniać kwity i jak zrobiła się lekka kolejka naszych ok. 8 osób to obudzili w końcu dwóch pozostałych. Trzeba było zapłacić 51$. Policjant się pytał o zaproszenie z firmy. Powiedziałem, że jestem turystycznie. Zapytał zatem o bilet i rezerwację noclegu. Dobrze, że mam wydruki tego, bo w takich krajach zawsze się przydaje. Jeszcze wymiana kasy w kantorze i wyszedłem poszukać kierowcy, który miał po mnie wyjechać z hotelu. Niestety kierowca się nie pojawił. Taksiarze i tuktuki z obszaru lotniska chcieli 500 taka (ok. 25zł) za podwózkę kilometr do hotelu, więc postanowiłem sie przejść. Był już świt i jeszcze nie tak gorąco.

W hotelu byłem przed 6 i oczywiście był pełen, więc nie miałem szans na wcześniejsze zameldowanie. Powiedzieli bym wrócił koło 10. Przebieram się, zostawiam bagaż i stwierdzam, że pojadę już na miasto. Załatwili mi tuk-tuka do Old Dhaka za 350 taka (17.5zł) i ruszyłem. Te motoryksze w Bangladeszu są dość ciekawe, bo są zakratowane. Nazywają je też CNG, po nazwie gazu na jaki jeżdżą. Ryksza mówi się na rowerową podwózkę. Po pół godzinie byłem pod Lalbagh Fort, ale niestety był jeszcze zamknięty (otwarty od 10, a było przed 8). Co ciekawe, dużo ludzi tam chodziło na morning walk, ale mnie nie chcieli wpuścić. Postanowiłem się więc pokręcić po okolicy i zaraz zagadał mnie rykszasz na sightseeing tour za 100 taka za godzinę (5zł). Po usłyszeniu tej kwoty nawet nie próbowałem się targować. Objeździliśmy sporo uliczek, gdzie kwitnie życie, sprzedaż, manufaktura i cokolwiek jeszcze. Fantastyczne klimaty. Wszyscy się uśmiechają, krzyczą hello i nie ma nigdzie żadnego innego turysty. Jest naprawdę fajnie, a jazda taką rykszą była niezłym wysiłkiem dla gościa - często całym ciałem naciskał na pedał by jeździć. Mnie bolała tylko pupa od niewygodnego siedzenia.

Po 1.5h powiedziałem mu by pojechać nad nabrzeże Sandarghat. Tu złapał mnie jakiś przewodnik i zaoferował 30 minutową przejażdżkę łódką po rzece i spacer po stoczni na przeciwnym brzegu. Cena 300 taka (15 zł). Przystaję na propozycję i wsiadam w malutką drewnianą łódkę i płyniemy rzeką na drugą stronę. Wszędzie widać stare statki, które są remontowane i odgłosy bijących młotków - remont polegał na tłuczenie w kadłub, potem czyszczenie i malowanie. Przewodnik bierze mnie na jeden ze statków pooglądać widoki z góry. Potem chodzimy po slumsach - całe miasteczko ludzi pracujących w stoczni lub gdzie indziej w Dhace. Zaglądamy do kilku domów, gdzie jest bardzo ciasno, jest jedno łóżko do spania dla wszystkich, ale jest też i telewizor. Chodzimy po lokalnym markecie, pijemy herbatę z miejscowymi, a potem obok do takiego dużego budynku. Tam przewodnik pokazuje mi kilka pokojów ze szwalniami. Małe pokoje, gdzie siedzi dużo ludzi (sporo mężczyzn) i szyją ubrania. Inni je prasują, potem pakują. Jest tego mnóstwo. Każdy pokój to osobna firma, a za maszynami w wielu przypadkach są też niestety dzieci. Jestem zachwycony tym co widziałem z tym przewodnikiem, bo zabrał mnie do miejscowych ludzi i wszystko pokazał. Nigdy bym sam czegoś takiego nie zrobił. Cała wycieczka wyszła 1.5 godziny, więc chciał 900 taka (45zł), ale warto było zapłacić, bo mam fantastyczne zdjęcia ludzi.

Po 12 rozstaję się z przewodnikiem, płacę rykszarzowi, który na darmo czekał te 1.5h i jadę CNG do hotelu. Zjadam lunch i padam na łóżko po nieprzespanej nocy. Chciałem wstać o 15 i pojechać z powrotem do miasta, ale nie byłem w stanie ruszyć się z łóżka. Wstałem dopiero o 18 i poszedłem na obiad do jednej z kilku dobrych restauracji, które znajdują się obok mojego hotelu.

Jutro chcę się wybrać pod miasto do Sonargaon, do starożytnej stolicy Bengalu. Jak na razie, jestem zafascynowany Bangladeszem.

4.6.2016, Sonargaon i Dakka, Bangladesz

Drugi dzień w Bangladeszu rozpoczynam od słabego śniadania w hotelu i ok. 8 rano łapię motorykszę do przystanku autobusowego Gulistan. Tym razem płącę 400 taka (20 zł). Zawsze mają włączony taksometr, ale nigdy nie można się dogadać by go używali. Pisali tak samo w przewodniku. Jadę jednak koło 20 kilometrów, na taksometrze wyskakuje zawsze niecałe 300 taka, no a gościu chyba jeszcze jakoś musi wrócić w swój rewir.

Gulistan miał być wielkim dworcem autobusowym i jest jakiś budynek go przypominający, ale chyba stoi pusty. Pytam o autobusy do Sonargaon i prowadzi mnie ktoś 100m wzdłuż ulicy. Jest taki mniejszy, ok. 30 osobowy autobus i o dziwo z klimą. Płacę 45 taka i pakuję się do środka, a za 5 minut odjeżdżamy (nie czekał aż się wypełni). Sonargaon jest jakieś 30 km za miastem i podróż z rana całkiem sprawnie idzie oprócz niestety ostatnich 10 kilimetrów. Coś się chyba stało, bo podjeżdżaliśmy kawałeczek i staliśmy długo. Z 30 minutowej podróży zrobiła się 2.5 godzinna, a ja dziękowałem za klimę. Na drodze panuje totalna wolna amerykanka - droga była dwupasmowa i dwujezdniowa, ale trzeci i czasami nawet czwarty rząd samochodów jechał również poboczem. Zadziwiła mnie ogromna ilość autobusów (totalnie podrapanych i oklepanych) i ciężarówek, a osobowych prawie wcale nie było.

Wysiadam na bardzo ruchliwym skrzyżowaniu w Mograpara i łąpię ryksiarza by mnie podwiózł do Sondargaon. Rykszarz jak się okazało miał drugą generację rykszy, czyli zamontowany elektryczny silnik. Miał rower i pedały, ale pedałować nie musiał. W Sonargaon jest kilka rzeczy do zobaczenia, ale rykszasz powiedział, że interesujące są tylko dwie. Najpierw wysadził mnie w Sadarbari, gdzie po opłaceniu wstępu 100 taka (lokalesi płacą 15) obejrzałem pałac z 1901 roku z ciekawymi wystawami w środku. Cały obszar ma też jezioro z wysepką ze sztucznymi tygrysami i jakieś place zabaw. Średnio to ciekawe, więc jadę dalej do głównej atrakcji, czyli Panam City. Tu też muszę zapłacić 100 taka i oglądam uliczkę z kilkusetletnimi ceglanymi domami już nieźle rozpadającymi się. Klimat tworzą jednak niesamowity i widać kunszt budowniczych w detalach. Udaje mi się wejść do jednego z domów, gdzie akurat robią jakieś zdjęcia do filmu. Potem jakiś człowiek otwiera kłódkę i wpuszcza mnie do drugiego, ponoć najlepiej zachowanego domu, który kiedyś robił za kościół. Ogólnie super, bardzo mi się podobało, choć za dużo tego nie było.

Wróciłem na główne skrzyżowanie, dałem rykszarzowi 200 taka i zauważyłem jakąś restaurację na piętrze. Generalnie ciężko tu coś zauważyć, bo ruch jest przeogromny, a w dole jest jeden wielki targ. W prostej knajpie mają nawet menu po angielsku i zamawiam smażony ryż z kurczakiem za 220 taka (11zł). Dziwiłem się co tak drogo do momentu gdy nie przynieśli talerza z porcją jak dla 3 osób. Zjadłem ile mogłem i resztę zapakowałem oddając je jakiejś żebrzącej na schodach pani. Szkoda było wyrzucić tyle jedzenia. Odnajduję na ulicy tę samą firmę autobusową i dojeżdżam tym razem w pół godziny do Starej Dakki, gdzie autobus na dobre utyka w korku. Wysiadam więc i idę w stronę Pink Palace. Ulice są niemiłosiernie zapchane ludźmi, rykszami, motorykszami i autobusami. Samochodów osobowych prawie nie widać. Jest po prostu ogrom ryksz - osbowych i dostawczych, gdzie wożą wszelakie towary i aż dziw, że tyle na nie zapakowali. Jak tak sobie chodziłem z aparatem i robiłem zdjęcia nagle aparat odmówił posłuszeństwa. Patrzę na wyświetlacz i zobaczyłem horror każdego fotografa - card error. Poszukałem kawałka miejsca by odpalić laptopa - znalazłem obok bankomatu opuszczone do połowy żaluzje i stołeczek po strażniku. Podłączyłem kartę i laptop ją zobaczył. Zacząłem kopiować zdjęcia i błagać los by się skończyło kopiować. Na szczęście się udało! Zdjęcia ocalone, więc trzeba teraz zająć się kartą. Szybkie formatowanie pokazuje błąd. Robię więc długie formatowanie i nagle przychodzi strażnik z bankomatu. Zsiadam się więc na schodek i tu już jestem widoczny i co chwila zlatują się gapie. Formatowanie trwało już z 15 minut, a ja nie byłem jeszcze w połowie. Pojawia się zaraz policja i od razu ze 20 gapiów, a policjant się pyta co tu robię. Angielski miał jednak fatalny i mało co go rozumiałem. Postanowiłem posiedzieć jeszcze chwilkę i spakowałem w końcu laptopa do plecaka formatując dalej. Niestety pełen format też nie pomógł, zostało mi więc tylko kupienie nowej karty.

Ale gdzie tu kupić nową kartę jak można kupić akurat wszystko inne? Ilość niepotrzebnych rzeczy, jakie są na tych wszystkich kramach jest zatrważająca. Idę dalej i dalej po uliczkach i zauważam kącik z telefonami. Pytam o memory card, wysyłaja mnie gdzieś dalej i jakiś człowiek ma kartę 4GB micro SD za 150 taka (7.5zł) i 16GB za 300 taka. Problem w tym, że nie wiedziałem czy moja micro SD padła, czy też przelotka czy też reader w aparacie. Kupuję więc najtańszą i ufff, aparat działa. Mam 600 zdjęć do zrobienia, więc mi spokojnie starczy.

Uliczki i ulice Starej Dakki po 15 są już zapakowane niemiłosiernie. Są ogromne korki z ryksz, tak, że nawet pieszo za bardzo przejść się nie da. Potok ludzi niesie jeszcze mnóstwo rzeczy na głowach i trzeba uważać, by nic nie potrącić. Dochodzę w końcu do Pink Palace, który niedawno został odmalowany właśnie na różowo. Tylko tylna elewacja została pomarańczowa, ale może od słońca tak zblakła? W środku są przeróżne wystawy lokalne i nie można robić zdjęć.

700 metrów dalej jest kościół ormiański. Tu nikogo nie ma, ale po chwili nadchodzi jednak pan i otwiera mi bramę. Kościół jest z 18 wieku i bardzo ładnie zachowany. Mają na swoim obszarze także cmentarz. Znajduje się też klucz do kościoła, ale w środku jest baaardzo ubogo - tylko obraz i ławki. Wychodze do głównej drogi i próbuję złapać rykszarza do Lalbagh , czyli twierdzy, gdzie byłem wczoraj, ale nie mogłem wejść do środka. Nikt nie rozumie o co mi chodzi. Jest to prawie 3km wg mojej mapy, więc nie zamierzam iść w tym skwarze. Pokazanie napisu Lalbagh też nic nie daje, bo oni nie umieją czytać, a tym bardziej po angielsku. Widząc te mega korki i narastający ból głowy z upału powoduje, że postanawiam wracać do hotelu. Tu był kolejny problem, bo nie mogłem złapać CNG. A jak już złapałem to paru chciało kosmiczne pieniądze. Złapałem w końcu gościa za 500 taka (25zł), ale wydostanie się z tego korka to nie lada problem. Jechaliśmy do hotelu zdrowo ponad godzinę i z ulgą wziąłem zimny prysznic dla schłodzenia się. Wieczorkiem wyskoczyłem jeszcze do okolicznej restauracji i zjadłem rybkę z grilla.

Przez 2 dni w Dakce nie widziałem żadnego turysty! Szok. Jutro jestem umówiony z przewodnikiem, którego znalazłem jeszcze przed wyjazdem. Mam całodzienną wycieczkę pod miasto do fabryki mosiądzu i pałacu Baliati.

5.6.2016, Dhamrai i okolice, Bangladesz

Na trzeci dzień w Bangladeszu zaplanowałem wycieczkę poza miasto. Jeszcze w Polsce dogadałem się z jednym z niewielu agencji turystycznych i zaproponowałem im cenę połowę niższą niż chcieli. 65$ za całodniowy trip jest myślę ceną umiarkowaną. W cenę wchodził kierowca z samochodem (bez kllimy), przewodnik i lunch. Zaczęliśmy o 8 rano z mojego hotelu i celem było Dhamrai, jakieś 40 km pod miastem, gdzie jest fabryka mosiądzu. W sumie sam nie wiem dlaczego wybrałem akurat to, ale zależało mi na zobaczeniu zwykłych ludzi w pracy.

Korki w Dakka są mega już od rana. Właściwie to nie wiem kiedy opuszczamy stolicę, bo nie ma nigdzie żadnych znaków, a zabudowania ciągną się wszędzie. Prawie pod samo Dhamrai mogę obserwować problem przeludnienia tego kraju. Na obszarze ponad 2 razy mniejszym od Polski mieszka tu prawie 160 milionów ludzi i są oni faktycznie na każdym kroku. Podróż każdą drogą jest tak długa, bo oprócz ruchu ulicznego są wszędzie ryksze, wzdłuż drogi ciągną się wszelakie sklepy lub ludzie coś produkują. Ponoć w samej Dakce jest 600 tysięcy ryksz! Za miastem krajobrazy kształtują też rzeki i jeziora - w końcu to jedna wielka delta Gangesu i Brahmaputry. Wszędzie też widać cegielnie, a w kilku miejscach widziałem plantacje ryżu. Jednak na przestrzeni tych kilkudziesięciu kilometrów były praktycznie tylko i wyłącznie zabudowania.

Po dojechaniu do jednej z wiosek zatrzymaliśmy się przy drodze i ruszyliśmy w domowe zabudowania. Są tu bardzo wąskie uliczki wyłożone oczywiście cegłami, więc jest chodnik. Przewodnik prowadzi mnie od domu do domu, gdzie wszyscy zajmują się wszelakiego rodzaju garncarstwem. Oglądam więc proces powstawania garnków z gliny. Miejscowi muszą kupić glinę (choć z uwagi na rzeki wszędzie jej pełno), przegnieść by wyłapać wszelkie kamyczki i potem formują miski albo całkiem ręcznie albo na kołowrotku. Oglądam z pięć różnych miejsc gdzie to wyrabiają, proces obróbki, robienia zdobień, a także malowania. Widzę też stosy garnków gotowych do wypalania. Przewodnik mówi, że na jednym garnku zarabiają na czysto 1 taka, czyli 5 groszy. Udało mi się porobić świetne zdjęcia.

Następnym przystankiem była atrakcja główna, czyli fabryka rękodzieła z mosiądzu. Jak dla mnie w porównaniu do wcześniejszej atrakcji ta była dość średnia. Właściciel zresztą miał wizytę telewizji i nie miał za bardzo czasu poopowiadać. Rękodzieło natomiast było fantastyczne. To co jest wyrzeźbione z tego metalu robiło wrażenie. Wszystko można było kupić, ale cena i waga przedmiotów były kosmiczne.

Zajeżdżamy jeszcze do jednego z pałaców, ale niestety w niedziele okazało się zamknięte. Przewodnik musiał tu rzadko bywać, bo sam nawet nie wiedział. W powrocie do Dakki zaglądamy jeszcze do statuy Natonal Memorial, ale to tylko bryła betonu.

O 16 jestem w hotelu i o mało się przez ten całodniowy upał, smród i hałas nie rozpłynąłem. Fascynujący jest to kraj, ale jednak strasznie męczący do podróży. Jutro lecę do Mumbaju przez Kalkutę, gdzie kolejne dni spędzę odizolowany od świata w 5* Hyatt Regency.

6.6.2016, Mumbaj

Po śniadaniu o 7 rano, hotelowy bus podrzucił mnie na lotnisko. Miałem tylko 1.5h do odlotu, a na lotnisku nawet nie było wyświetlonego check-inu do mojego lotu do Kalkuty. Stanąłem więc do ogólnego stanowiska Biman, ale zaraz zgarnął mnie jakiś koleś w białej koszuli i zabrał do stanowiska biznes z drugiej strony. Wypełnił za mnie kartkę imigracyjną i poprosił o tip. Sorry gościu, ale wydałem całą gotówkę już wcześniej. Odszedł więc niepyszny, a koleś w biznes klasie i tak mnie odprawił. Na 30 minut przed odlotem dopiero wyświetlili numer bramki. Co śmieszniejsze, z tej bramki jeszcze boardowali Bangkok i zrobiło się zamieszanie. W końcu o czasie odlotu zaczęli nas pakować do autobusu i tu dopiero widziałem pierwsze białe osoby od 3 dni - były to 2 kobiety i za chwilę powiedziały mi Dzień Dobry. Co śmieszniejsze, okazało się, że są z Lublina, więc z mojego miasta! Przyjechały tu służbowo i miały miejscowego, z którym leciały dalej. Dziwili się, że ja przyjechałem turystycznie.

Boeing 737-800 miał już ponad 20 lat. W środku był wysłużony, a miejsca mało jak w czarterach. Jak powiedziała stewardessa - lot do Kalkuty zajmie inszallah 35 minut. W końcu to tylko 300 kilometrów, a lądem jedzie się 10 godzin. Biman na tym krótkim locie daje pudełeczko z jedzeniem - mini kanapka, kawałeczek ciasta, orzeszki i woda. Wylądowaliśmy w 40 minut, a ja miałem 2h na przesiadkę na lot do Mumbaju. Trochę się obawiałem przelotu na 2 osobnych biletach, dlatego też wziąłem 2.5h przesiadki i odprawiłem się na Jet Airways online. Po przylocie do Kalkuty, na ich ładnym lotnisku poczułem się jakbym wrócił do cywilizacji, a to przecież Indie ;-). Przez immigration się przepchałem mówiąc, że mam krótką przesiadkę. Wypiłem latte w jednej z knajp i zapakowaliśmy się do pełnego też Boeinga 737-800, tym razem Jet Airways. Lot trwał 2.5h, a do jedzenia był jakiś ryż z kurczakiem, buteleczka wody i jogurt naturalny. Potem roznieśli lody. Wychodząc z lotniska uderzyło gorąco większe niż w Dhace. Było 33 stopnie, ale wilgotność z 80%. Na szczęście nie musiałem długo szukać hotelowego transportu i zadekowałem się w 5* Hyatt. Hotel jest super. Zdzwaniam się z kolegą z firmy, który jest tu razem ze mną (wylądował wczoraj), jemy kolację i następne 2 dni spędzimy na spotkaniach. Wracam w czwartek rano Turkishem.

22.6.2016, Bangkok

Jedziemy na wakacje do Tajlandii, Laosu i Wietnamu. Przelot kupilismy jeszcze kilka miesiecy temu w promocji Qatar. To nasz pierwszy raz ta linia i od razu robi na nas bardzo dobre wrazenie. Lot do Doha co prawda na 100% pelnym Airbusem A320, ktory ledwo starcza na dolot w to miejsce. Samolot jest prawie nowy i ma indywidualny system rozrywki. Jedyny minus to tylko 2 toalety z tylu, a serwis trwa bardzo dlugo. Dla Konrada zamowilismy specjalny posilek dla dziecka, ktory dostal w fajnej walizce, Monika takze dostala bardzo smaczny posilek wegetarianski. 5.5h minelo dosc szybko i w Doha mielismy 2h na przesiadke. Lotnisko w Doha robi mega wrazenie, ale mimo niedawnego otwarcia, juz wiele stacji z Macami z internetem nie dziala.

Do Bangkoku lecimy prawie pelnym A380, czyli najwiekszym pasazerskim samolotem swiata. Nasza strategia byla taka, ze jak zawsze siadamy przy koncu i liczymy, ze kilka miejsc zostanie, wiec jedno z nas sie przesiadzie i Konrad bedzie mogl sie polozyc. Tym razem tez tak sie udalo i te kilka godzin z 6.5h lotu mozna bylo przespac. W Bangkoku jednak czekala nas kolejka na 500 osob do immigration, ale na szczescie widzac dziecko, obsluga przesuwa nas do priority i czekamy tylko 5 minut. Bierzemy taksowke do naszego Holiday Inn przy ulicy Silom i niestety trafiamy na spore korki na autostradzie. Docieramy do hotelu po 9 rano i udaje sie dostac pokoj. Dzieki statusowi Gold, dostajemy upgrade do pokoju superior, gdzie mamy dwa podwojne lozka. Chwila odopoczynku i idziemy na basen, a potem na drzemke.

Po poludniu plan byl taki by kupic jakas wycieczke na jutro przy Khaosan Road oraz podjechac do Wat Pho. Dlugo nam schodzilo z wybraniem wycieczki, poniewaz zamkneli juz slynna swiatynie/sierociniec dla tygrysow, bo ponoc je szprycowali narkotykami by turysci mogli je zaglaskac na smierc. Jest jeszcze jednak jakas inna swiatynia z tygrysami, ale dosc daleko. Chcielismy jeszcze pojezdzic na sloniach, zobaczyc Ayutthaya i moze wodospad, ale na to wszystko nie bardzo jest czas (no i jest dosc drogie). Koniec koncow kupujemy za 800 bahtow od osoby poldniowa wycieczke na wodny market i slonie. Na pojutrze zostawimy sobie inne miejsce.

Do Wat Pho z Khaosan jest moze ze 2 km, ale niemozliwoscia jest wziac tuktuka po miejscowej cenie. Placimy w koncu 100 bahtow, bo Konrad bardzo chce sie przejechac. Wat Pho jest super. Zwiedzamy caly kompleks z lezacym Budda na czele. Wejscie kosztuje 100 bahtow, a w srodku z uwagi na pozna pore prawie juz nikogo nie ma. Wracamy taksowka do hotelu i jutro rano pobudka, bo juz o 6.30 przyjezdzaja po nas do hotelu.

24.6.2016, Bangkok

Półżywi wstajemy i o 6.15 jesteśmy już w lobby czekając na naszego busika. Ten przyjeżdża trochę spóźniony o 6.45. Zbieramy jeszcze trochę pasażerów i jedziemy na zachód od Bangkoku. Po prawie 2h jazdy docieramy do Floating Market, gdzie zostawiamy wszystkich pasażerów, a nas wiozą na słonie. Te słonie to jednak taka atrakcja jak z taśmy z fabryki. Wchodzimy po drabinie na podest i wsiadamy na słonia. Spacerem dookoła jest może max 10 minut, a w tym czasie słoń zdążył zarobić w głowę metalowym harpaganem. Cóż, dziękuję za takie atrakcje. Do tego jeszcze chciał napiwek za zrobienie nam zdjęć. Daję mu 40 bahtów na odczepnego.

Podrzucają nas na Floating Market, gdzie trzeba zapłacić 150 bahtów za łódkę, do której wsiada kilka osób i pływamy po kanałach, wzdłuż których jest pełno straganów z chłamem dla turystów. Można kupić np. torebki Michaela Korsa po kilka dolców. Dopiero w drugiej części odpływamy trochę od tych straganów i widać jak miejscowi żyją. Z jednej strony kanał, dom na palach, a z drugiej strony domu widać motor czy samochód. Po godzinie tej przejażdżki znowu wymuszają napiwki dla sterownika, ale ich olewamy. Zjadamy zupkę za 50 bahtów w jednym z miejscowych kramów i płyniemy jeszcze inną łódką na naszego busa. Tu też widać trochę autentyczności, widać kobiety, które sprzedają miejscowym warzywa z łódek, więc z całej wycieczki było może z 5 minut autentyczności. Reszta to generalnie chłam i tandeta.

Po południu podjeżdżamy autobusem 2 km od miasta do parku Lumphini, bo chcieliśmy zabrać Konrada na plac zabaw. Trochę się bawi na placu oraz na przyrządach do ćwiczeń i zaczyna kropić deszcz. Chowamy się pod parasolem, a tu nagle ściana deszczu. Czekaliśmy godzinę, a deszcz był tylko intensywniejszy. W końcu zaczęło się przejaśniać, ale jeszcze kropiło gdy postanowiliśmy wracać. Alejki parkowe przemieniły się w rzeki - brodziliśmy do połowy łydek. Na ulicach oczywiście okropne korki i za bardzo nic się nie ruszało. Poszliśmy więc trochę pieszo, ale w końcu potem wsiedliśmy w jeden ze starych autobusów i podjechaliśmy do hotelu. Masakra :-)

Dziś zrobiliśmy wycieczkę do Pałacu Królewskiego, gdzie powitały nas mega tłumy. Mimo to, z przyjemnością obejrzeliśmy to cudo. Świątynia Szmaragdowego Buddy robi mega wrażenie od przepychu. Podobnie jak i inne miejsca. Szkoda, że nie można było wejść do samego pałacu.

Z pałacu chcieliśmy wziąć taksówkę do parku wodnego w Bangkae Mall. Jest on położony ok. 25 km stąd. Problem jest jednak przekonać tutejszych taksówkarzy do włączenia taksometrów, a krzyczą zawsze x2-x3 więcej niż po jego włączeniu. Złapaliśmy w końcu takiego co się zgodził i za drogę zapłaciliśmy 150 bahtów. Sam park wodny rewelacja - wstęp 200 od osoby i 130 za dziecko. Wszystko można na miejscu wypożyczyć jak się czegoś nie wzięło. Jest kilka różnych basenów, zjeżdżalni, biczów wodnych, itd. Dla dzieciaków rewelacja. Spędzamy tu 4 godziny i wychodzimy ubawieni po pachy. Jeszcze tylko taksówka do hotelu i można odpocząć. Jutro lecimy do Udon Thani AirAsia i dalej autobusem do Vientiane w Laosie.

26.6.2016, Vientiane, Laos

AirAsia rozpieszcza cenami, więc zaraz po kupieniu lotu do Bangkoku kupiliśmy przelot z dalej do Udon Thani pod granicę z Laosem. Niestety nie latają prosto do Vientiane (latają do Luang Prabang), więc kupiliśmy bilet do ostatniego miasta przed granicą za paczkę czipsów. Na stare lotnisko w Bangkoku skąd lata AirAsia wzięliśmy taksówkę z hotelu. Bangkok jest mega zakorkowany, więc na estakadach zbudowali sieć płatnych autostrad. Ciągną się one dziesiątkami kilometrów i płaci się za odcinki po 50-70 bahtów. Na lotnisko zapłaciłem najpierw 50, potem 70, a za taksówkę 200. Taniocha.

Przelot trwał 45 minut, a na lotnisku poczekaliśmy od razu na busika do granicy za 200 bahtów od osoby. Jedzie on kolejne 50 minut. Po tajskiej papierkologii trzeba przekroczyć Friendship Bridge nad Mekongiem i warto jeszcze mieć trochę bahtów, bo jest autobus za 20, który przewozi przez most. Na granicy laotańskiej trzeba wyrobić wizę i mieć zdjęcie. Koszt dla Polaków to 30$. Po zakończeniu formalności napada nas chmara ryksiarzy proponując dotarcie do Vientiane. Bierzemy jednego za 50000 (1$=8000 kipów), czyli za 25 zł wiezie nas te 20 km prosto do hotelu. W tym momencie wydawało mi się, że w Laosie jest tanio. Hotel mamy delikatnie poza centrum, ale w 15 minut można dojść do rzeki. Ponoć ma 4* i jest naszym najdroższym hotelem na trasie. Kosztuje 60$ za dobę. Dwójki są po 40$, ale my zawsze chcemy mieć łóżko dla Konrada, więc bierzemy trójki. Pokój jest spory i fajny, a hotel ma 2 baseny, z których dużo korzystamy. Jest mega gorąco i duszno. W Bangkoku było ciepło, ale do wytrzymania. Tutaj cały czas się pocimy.

Dziś zwiedzamy Vientiane. Można je obejść z buta w godzinę. Jest kilka ciekawych świątyń, a poza tym wygląda to wszystko jak wioska. W ostatnich latach wybudowało się trochę hoteli, hosteli i sporo restauracji dla turystów, które oferują całkiem zachodnie ceny. Płacimy po 60-70zł za obiad dla dwóch osób, a w Bangkoku na Khao San można za 5 zł Pad Thaiem się najeść. Rzeki za bardzo nie było widać, bo jest spora wyspa od strony miasta, no i woda jest dość niska. Konrad pobawił się trochę na placu zabaw i po lunchu chcieliśmy zabrać się z powrotem do hotelu. Było do niego może z 1.5km, ale w mieście działa mafia rykszowa i wszyscy chcą 50000 kipów za ten przejazd. Tyle zapłaciłem za przejazd z granicy! Wkurzeni idziemy więc pieszo.

Wieczorem wychodzimy jeszcze coś zjeść i na powrocie po zmroku jeden z rykszarzy proponuje powrót. Jak się pytam ile za przejazd to on się pyta mnie. Rewela... Proponuję więc 10000, a on, że za 20000 pojedzie. Wrócilibyśmy pieszo, ale Konrad ma zabawy trochę, więc płacę te 10zł. Kupuję w hotelu bilety na busa na jutro do Vang Vieng. Koszt 60000 od osoby i jest to klimatyzowany van. Czas przejazdu 3.5-4h, a to niewiele ponad 100km. Póki co Laos trochę nas rozczarowuje. Mam nadzieję, że w Vang Vieng będzie przyjemniej i uda się wynająć skuter i pojeździć po okolicach.

28.6.2016, Vang Vieng, Laos

Z Vientiane do Laos przejechaliśmy komfortowym busikiem, choć droga mimo, że przez większość drogi była płaska, to jednak na końcu całkiem nieźle nas wytelepało. Pod koniec drogi zaczęły się serpentyny i w ten sposób po niecałych 4 godzinach wylądowaliśmy 50 metrów od naszego hotelu. Było okropnie gorąco i duszno, obok piękna sceneria wzgórz wapiennych, a nasz hotelik niestety dość słaby. Przynajmniej jednak jest klima. Wieczorem idziemy coś zjeść i rozglądamy się jak tu zwiedzić okolice. Opcje są dwie - budżetowa i mniej budżetowa. Budżetowa to wynajęcie skutera za 6$ za dzień, a mniej budżetowa to quada, gdzie z ceny 60$ ugaduję się na 35$. W hotelu naszły mnie jednak przemyślenia, że i tak cały dzień nie damy rady jeździć, więc z rana decydujemy się na wypożyczenie na pół dnia za 25$. Ja z Konradkiem jadę quadem, a Monika bierze tego skutera.

Przekraczamy rzekę, gdzie za drewniany most trzeba zapłacić 10k kipów i jedziemy w stronę wzgórz wapiennych. Jest pięknie. Mimo wczesnej pory jest piekielnie gorąco, więc dobrze, że się na maksa wysmarowaliśmy blokerem. Niestety tu słońce pali prawie cały czas. W Vientiane czy Bangkoku prawie cały czas było za chmurami i był luz, a na pełnym słońcu jest masakra. Jedziemy do Blue Lagoon i obserwujemy miejscowych na zbiorach ryżu, miejscowe dzieciaki kąpiące się na golasa i okoliczne wioski. W Blue Lagoon jest bilet wstępu oraz opłata za parking - cóż, chęć zysku dotarła i tutaj. Blue Lagoon to kawałek mętnej rzeki i banda japońsko-koreańskich idiotów skaczących z drzewa do tej rzeki. Jedna kobitka już zrobiła sobie krzywdę, a inni też pewnie sobie zrobią. Idziemy jeszcze prawie w pionie do pobliskiej jaskini i jedziemy dalej. Szkoda, że to była tylko jedyna droga asfaltowa, bo po innych gruntowych jest już gorzej jechać, szczególnie na skuterze. Czas szybko nam minął i wróciliśmy na 13 do hotelu trochę odpocząć. Jutro jedziemy do Luang Prabang.

30.6.2016, Luang Prabang, Laos

Po 5 godzinach w busiku dotarliśmy do świętego miasta Laotańczyków, czyli Luang Prabang. Na dworcu autobusowym od razu zaczęły się zgrzyty z rykszarzami, którzy chcieli ogromne pieniądze za przejechanie 2 km do miasta. W końcu bierzemy jakiegoś z Japonkami po 10k kipów za osobę (5zł). Nasz hotel położony jest w samym centrum nad rzeką i jest bardzo klimatyczny - wszystko z drewna. Co prawda trzecie łóżko to rzucony materac, ale nie jest źle. Po południu idziemy na wzgórze i Wat Xieng Muan, gdzie prowadzi kilkaset schodów. Zrobiliśmy z Konradkiem wyścigi kto pierwszy na górze i oczywiście nas pokonał. Na wzgórzu jest kilka posągów Buddy, stopa Buddy, no i wielka stupa. Ładny widok na Mekong. Schodzimy na drugą stronę gdzie jest miejscowy targ i chodzimy jeszcze główną ulicą, gdzie jest mnóstwo świątyń. Zabudowa jest drewniana, francuska, postkolonialna. Ładnie. Choć wszędzie coś sprzedają dla turystów, więc oczywiście psuje to klimat. Siadamy jeszcze w chińskiej knajpie, gdzie zamawiam rybę w sosie cytrynowym, a dostaję w słodko-ostrym, a Monika ryż z warzywami, a dostaje z kurczakiem. Zrobiła się mała burda.

Dziś miałem wstać na słynną ceremonię, gdzie mnisi o świcie zbierają jedzenie od miejscowych, ale zmęczenie mnie pokonało. Budzimy się dopiero po 8. Idziemy do Wat Xieng Thong, które jest tu jedną z ważniejszych świątyń, ale w sumie wszystkie one podobne i dość skromne, choć złota (lub złotej farby) widać sporo. Zastanawiamy się co zrobić z resztą dnia i wpadamy na pomysł wypożyczenia skutera. W Vang Vieng można było wypożyczyć za 50k, a tu chcą 120k. Mówimy, że nam trzeba tylko na kilka godzin i możemy zapłacić mniej, ale nikt nie chciał zrobić interesu. Wolą, żeby stały nieużywane. W końcu idziemy do naszego hotelu i tam właścicielka jednak zdecydowała się wynająć na 6 godzin za 80k kipów. Jedziemy jakoś we trójkę 30 km do wodospadów Kuang Si. Przeżycie co nie miara, ale dojechaliśmy. W wodospadach można się kąpać w 2 miejscach, ale woda jest dość zimna, poza tym jest pełno kamieni i błota. Konradek jednak próbuje. Ja idę na sam koniec i podziwiam ten cud przyrody. Wyglądają super. Przy drodze na wodospady jest jeszcze ośrodek ochrony tutejszych niedźwiedzi. Jest ich kilka i mają nawet ciekawie zrobione wybiegi. Upał jednak sprawia, że żaden z nich prawie nie chce się ruszyć. Posiedzieliśmy z nimi chwilę i jeden w końcu wszedł do wody :)

Po kilku kilometrach drogi powrotnej zaczął padać deszcz i jazda na skuterze w takich warunkach to wariactwo. Postanawiamy przeczekać pod strzechą przystanku, który akurat się trafił. Za minutę jechała moto-ryksza i wkładam tam Monikę z Konradem, a ja postanawiam jechać sam by nie ryzykować wypadku. Deszcz zaraz przestał padać, ale droga była mokra i bardzo śliska. Jedna ciężarówka wjechała w rów, a ja jadąc czasami prędkością rowerową jakoś dojechałem na miejsce zaliczając kilka ślizgów.

Jutro może uda się wstać o świcie na ceremonię mnichów. Wieczorem zaś lecimy do Hanoi

Archiwum
2017 7 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil