9.7.2004, Krzysiek w drodze do Indii 4.07-6.07
4 lipca - "Zimno..."

8:10, pobudka. Szybki prysznic, pakowanie sie i wymeldowujemy sie z hotelu. Bagaze zostawiamy w w John's Cafe skad mamy transport nad jezioro Karakul o 15 czasu lokalnego. Taksowka (5 juanow :), i jak tu nie jezdzic taksowkami...) i jestesmy na bazarze.. A sam bazar.. hmm... gdybym nie widzial bazarow w Syrii czy Turcji, to bym pewnie byl pod olbrzymim wrazeniem a tak... gdzies to juz widzialem. Zgielk, kupa ludzi, wszedzie chca ci wcisnac jakies pierdoly za podwojna cene (ktora oczywiscie mozna stargowac...).. Po kilku godzinach szwedania sie znowu w taksowke i jestesmy z powrotem u Johna. Idziemy cos jeszcze przekasic w ktorejs z pobliskich restauracyjek. Tym razem pada na typowo chinska kuchnie. Nie wiemy co jedlismy (wybor padl poprzez wskazanie palcem na to, co jadl sobie pewien chinczyk :>), ale wiemy, ze bylo bardzo dobre i zarazem baaaardzo ostre (w zyciu nie jadlem jeszcze czegos tak ostrego). Za calosc (2 piwka, 2 obiady + mineralna dla jacy [nie jadl z nami, problemy zoladkowe :>] zaplacilismy 24 juany). Jeszcze ostatnie zakupy i w droge. O 15 spod kafejki Johna wyruszamy zaaranzowana przez Johna taksowka (zaplacilismy za nia 80 juanow.. przeplacilismy, ale w niedziele autobus nie jezdzi a nawet jesli by jezdzil, to wczesnie rano... ale mysle, ze przy bezposrednich targach z taksowkarzami mozna by przejazd do Karakul wytargowac za 60 juanow). Razem z nami jedzie jeszcze amerykanka, Christine. Ciekawa dziewczyna. Ponad 15 lat spedzila w Japonii uczac tam w szkole jezykowej. Teraz samotnie jezdzi po swiecie i zwiedza. Pierwotnie chciala jechac ta taksowka do Tashgurganu (nie jestem pewien pisowni :> ), ale zmienila zdanie i wysiadla z nami w Karakul. Droga do Karakul jest ladnie polozona, wije sie pieknie miedzy gorami i normalnie powiedzialbym, ze jest "ogien z dupy" ;), ale 2 dni pozniej musialbym to zweryfikowac, wiec tego nie powiem.. zreszta, napisze dalej :). Samo jezioro jest przepiekne. Polozone na wysokosci 3200 m n.p.m. pomiedzy dwoma siedmiotysiecznikami. Widok oszalamiajacy.. Rozbilismy sie z namiotem, tyron, jako jedyny odwazny wykapal sie w bardzo zimnej wodzie, zjedlismy sobie po bulce, troche "ghost stories" (amerykanie to chyba sie lubuja w takich rzeczach :> ). No i oczywiscie, żeby nie bylo za latwo, to.. nadeszla burza.. a raczej nadchodzila z oddali.. Przygotowalismy sie na najgorsze: plecaki zabezpieczone lancuchami, pelerynami przeciwdeszczowymi, kamieniami itd... Potem do namiotu i czekamy... A tu nic :). Troszke pokropilo i tyle.. Coz.. nie zebysmy sie obrazili :). Burza przeszla bokiem.. Hitem wieczoru okazala się jednak nie ta burza.. a temperatura.. Bylo baardzo zimno :) (no ba, rozpuscily nas troche te temperatury po drodze i jak dobilo do zera, to czlowiek szczeka zebami...).

5 lipca - "Jedziemy autostopem, jedziemy autostopem..."

9 rano, pobudka. Szybkie sniadanko, kapiel i po tak ekspresowych porannych czynnosciach zrobila sie.. 11:30 :). Spakowalismy namiot, rzeczy i wszystko zanieslismy do pobliskiej jurty (takie miejsce, gdzie mieszkaja autochtoni :>). Zakupilismy u nich "jogurt" (tzn. oni to tak nazywali, bo dla nas to byla zwykla maslanka) za 10 juanow (trzeba im dac zarobic, w koncu pare godzin nasze bagarze w ich jurcie poleza) i w droge. Postanowilismy "zdobyc" pobliska gorke. Christine wybrala spacer wokol jeziora. Oczywiscie, wybralismy najlatwiejsze z mozliwych podejsc... Jakies 50 stopni, osuwajace sie kamienie... No ba, w koncu jestesmy z Polski, ulanska fantazja poniosla :). Tyron, doswiadczony "gorolaz" w miare sobie poradzil i doszedl do miejsca w ktorym podejscie stalo sie nieco latwiejsze. Ja z jaca utknelismy w miejscu, gdzie ani w gore, ani w dol, a kazdy ruch nogi konczyl sie opadek kolejnej "mikrolawiny". Musze przyznac, ze najadlem sie troche strachu... Tyron pokazal nam przejscie w bok, tak, by dojsc do lagodnego grzbietu gory. Uff, udalo sie :). Na wysokosci 2/3 gory odpoczynek i... schodzimy, chociaz do szczytu juz bardzo blisko. Nadchodzila burza, a nie chcielismy by nas zlapala w trakcie. Szybkie zejscie na dol, wiatr coraz silniejszy, uciekamy do jurty... Jak zwykle burza znowu przeszla bokiem, ale juz mielismy dosyc wrazen. Od autochtonow dowiedzielismy sie, ze o 14 bedzie przejezdzac autobus do Tashguran. No to coz, idziemy na droge lapac autobus.. Po 1.5h stania, zero autobusu, a przejezdzajace z czestotliwoscia 5 aut/godzine samochody, wszystkie byly przepelnione. W koncu jeden się zatrzymal. Co prawda mial juz w srodku 6 osob, no ale samochod z gumy przeciez jest, jeszcze 2 osoby wejda :). Tyron i Christine pojechali. Ja z jaca czekalem na kolejne "zbawienie". Po okolo godzinie zatrzymal sie ciezarowy pickup. Za 80 juanow !!!(zdzierstwo) zabral nas ze soba (oczywiscie auto "z gumy" ;) ). Po drodze zalatwial jeszcze swoje sprawy, tak ze okolo 20 bylismy w Tashguran. Tutaj przy wjezdzie do miasta czekali na nas tyron z Christine. Gorace powitania i usciski :). Idziemy do hotelu. Zaraz przy wjezdzie do miasta, naprzeciwko dworca autobusowego jest taki nowy hotelik. Niestety nazwy nie rozszyfrowalismy, ale za 30 juanow od osoby mozna spedzic noc w bardzo ale to bardzo czystej 2-ce (lub 3-ce) z lazienka oraz TV (tylko nie wiedziec czemu, woda jakos kiepsko z kranu plynela.. podobno awaria..). Poszlismy cos jeszcze przekasic "na miasto" i do lozeczek.. Jeszcze zdazylismy zobaczyc bramke dajaca Grekom mistrzostwo kontynentu.. Ehh... zenada.. Chcialoby sie powiedziec, koniec swiata, a raczej koniec europy :).

6 lipca - "Przepraszam, jestem w raju?"

7 rano, pobudka, szybkie pakowanie i o 7.40 jestesmy na dworcu autobusowym. Tutaj pakujemy sie do autobusu do Pakistanu, konkretnie Sost. Podobno mial byc pusty (niby ze wzgledu na sytuacje polityczna turysci podobno mocno ograniczyli swoje podroze tutejsza trasa), a okazuje sie, ze nie ma zadnego wolnego miejsca. Na szczescie sie dla nas znalazlo. Bilet - 225 juanow, kupuje sie go na posterunku strazy granicznej, albo raczej sluzby celnej :) (autobus podjezdza tam okolo kilometra z dworca autobusowego). Odprawa graniczna slamazarnie, jakies 2 h. O 10:30 w koncu oposzczamy Chiny. Bedziemy jechac jedna z najbardziej malowniczych ale i zarazem jednej z bardziej niebezpiecznych drog na swiecie, ktorej budowa pochlonela setki istnien ludzkich - Karakorum Highway (jak sama nazwa wskazuje droga ta prowadzi przez Beskidy ;).. ok, zartuje, ale prawde mowiac, to chcialbym, by np. taki dojazd do zwardonia byl podobnej jakosci..). Przez okolo 1.5h droga wzglednie nudna. Owszem, z obu stron autobusu gorki, ale te juz nie robia na nas wiekszego wrazenia (po tym co widzielismy w Kirgizji i Chinach). Jedziemy przez Kaszmir, teren do dzisiaj bez ustalonej "wlasnosci". W koncu droga wchodzi w glebiej w pasmo gorskie i powoli szczeki zaczynaja nam opadac w dol!!. To po prostu przerasta ludzkie pojecie, by poprzez pasma gorskie o wysokosci 4-6 km dalo sie poprowadzic droge.. a jednak sie dalo. Co pewien czas droge staje sie prawie nieprzejezdna, a to ze wzgledu na lawine skalna, a to znowu przez przeplywajaca przez droge rzeczke.. W koncu dojezdzamy do przeleczy Khunjerab (wysokosc, bagatela, 4700 m n.p.m.). Tutaj koncza sie Chiny i zaczyna Pakistan. Robimy sobie fotki przy slupie Pakistanskim, rozgladamy sie wokół ogladajac lezacy sobie tu i owdzie snieg (bylismy ciut pod poziomem wiecznego sniegu). Dalej droga staje sie jeszcze ciekawsza. Zjezdzamy w dol, w kanion wyrzezbiony przez rzeke. Wokol nas olbrzymie gory, pionowe sciany, czlowiek nabiera szacunku dla potegi natury... Co jakis czas mignie jakas olbrzymia gora ( >6000 m, takie okolo 4000-5000 to juz sie nam niskie zdaja).. Po drodze czeka nas jeszcze oplata 4$ za przejazd przez park narodowy Khunjerab (zdzierstwo, miejscowi placa 8 razy mniej!!!). Oczywiwscie tak jak przypuszczalismy mozna byly nieplacic tego haraczu, nie wychodzac po prostu z autobusu. Coz, dajmy ludziom "zarobic"... Okolo 17 dojezdzamy do Sost. Odprawa graniczna, calkiem sprawna i wsiadamy w busika, jedziemy dalej. Dalej Karakorum Highway prowadzi przez doline Hunzy.. Widoki sa tak piekne, ze nie jestem tego w stanie wyrazic slowami. Przepiekne, soczyscie zielone doliny, kontrastujace z suchym brazem skal gorskich, biela szczytow i glebokim blekitem nieba, daja efekt niepowtarzalny. Trzeba sie szczypac co chwile, by byc pewnym tego, ze to dalej ziemia, ta ziemia na ktorej zyje od niecalych 25 lat... Pieknie... Jestem jeszcze w szoku...
10.7.2004, Krzysiek w drodze do Indii 7.07-8.07
7 lipca - "Nanga Parbat - niedokonczona historia..."

Noc z 6-7 lipca spedzilismy w hostelu JSR (300 rupii za przyzwoita trojke). Rano mielismy zamiar udac sie w okolice szczytu Nanga Parbat, naszego pierwszego osmiotysiecznika. Dzien wczesniej w autobusie do Sost jeden z Pakistanczykow tlumaczyl nam, ze mozemy wziac taksowke i dojechac nia pod Nanga Parbat. Pozniej okazalo sie, ze jak zwykle było inaczej.. Zreszta tutaj ludzie nie przejmuja sie szczegolami :). Jesli cos jest za godzine, znaczy ze najprawdopodobniej za 3 h, jesli odleglosc z centrum Gilgitu do dworca autobusowego to 2km, to w praktyce wyszlo około 20minut jazdy busikiem, bez zbednych przystankow :). Po prostu azja... Wiec, 7 lipca, 8:30 rano pobudka. Sniadanko (w formie obiadu :>, 30 rupii od glowy), wizyta w biurze turystycznym, wizyta w kolejnym biurze.. jeszcze w jednym.. Oczywiscie w kazdym inna wersja :). Jedno jest jednak wspolne: trzeba wynajac jeepa by moc podjechac niedaleko szczytu. Jako, ze nie mamy zbytnio czasu ani pieniedzy na taka wycieczke (oferowali nam ja za 1500 rupii w jedna strone), decydujemy sie na podjazd do Raicott Bridge (zgodnie z sugestia miejscowych). Bierzemy tam busika (60 rupii)... Po drodze podziwiamy wspaniale widoki Doliny Hunzy. W koncu zaczyna sie z oddali wylaniac Nanga Parbat (8126 m n.p.m.). Kolos!!! Robi olbrzymie wrazenie. Przystanek na pare zdjec i jedziemy dalej. W koncu wysiadamy na Raicott Bridge. Dowiadujemy sie ile stad kosztuje podjazd jeepem do Fairy Meadows (punkt widokowy a zarazem "campingowisko"). Za odcinek 14 km chca 2000 rupii w 2 strony.. Chcielismy podjechac ale jest jedno ale. Nie da sie tego wszystkiego zrobic w 1 dzien, a wieczorem chcielismy zlapac autobus do Rawalpindi. Koniec koncow, z wielkim bolem serca rezygnujemy poprzestajac na widokach Nangi Parbat z pewnej odleglosci (i tak robi olbrzymie wrazenie). Posilamy sie owocem mango i lapiemy jeepa do Chilas. Gosc za przejazd chcial 300 rupii!!!(szaleniec), w koncu stanelo na 180. Po okolo 1.5h jestesmy w Chilas. Tutaj pyszny obiadek (stala cena – 35 rupii, bardzo nam sie to podoba :> ) i czekamy na autobus. Okolo 18 przyjezdza klimatyzowany autobus do Rawalpindi. Po negocjacjach kupujemy bilety ze znizka studencka :) (po 280 rupii/leb). Czeka nas mordercza jazda 14h po bardzo kretych i wyboistych drogach gorskich...

8 lipca - "Lahore - brama do Indii"

Okolo 7 rano dojezdzamy do Rawalpindi. Jestem wykonczony. Nie udalo mi sie prawie zmruzyc oka przez cala droge, troche "za duzy" jestem na tutejsze autobusy, a raczej ogolnie, na azjatyckie srodki transportu (ale ci azjaci mali :>). Tyron twierdzi, ze sie wyspal, jaca tez niezle.. Z Rawalpindi chcielismy jechac pociagiem do Lahore, ale ze o 8mej odjezdzal autobus do Lahore a do dworca kolejowego z autobusowego jest ladny kawalek, postanowilismy kontynuowac autobusem. Kolejne 7h mordegi!!! Droga co prawda bardzo ladna, 2-pasmowa autostrada, ale styl jazdy tutejszych kierowcow jest po prostu nie do opisania :). Myslalem, ze to co sie dzieje w Turcji czy krajach arabskich, to jest już szalenstwo, ale tamto w porownaniu do drog pakistanskich, to jest jazda wrecz dzentelmenska :). Autobus zatrzymywal sie praktycznie co kilka minut, naganiacz wychodzil na zewnatrz i darl sie wnieboglosy: "Lahore, Lahore, Lahore, Lahore". Koniec, koncow, jechalismy prawie cala trase przepelnionym autobusem, jak puszka sledzi, nie polecamy :), pociagi chyba mimo wszystko troszeczke wygodniejsze. W trakcie jazdy autobusem "polapalismy sie", ze bedziemy za szybko w Lahore :). Zbyt szybko udal nam sie przejazd z Gilgitu do Lahore, liczylismy na ten odcinek 1 dzien dluzej. Bedziemy w Indiach juz 9 lipca zamiast 10. Trudno :), szkoda tego dnia w kontekscie rezygnacji z Nanga Parbat, ale nic, jedzie sie dalej. 11 lipca spotykamy sie z reszta grupy w Dehli. "Nadrobiony" dzien spedzimy w Armitsarze na odpoczynku. A samo Lahore... Szok :). Kolejny raz odwolam sie do krajow arabskich, gdzie tak samo jak tutaj, jest zgielk, wrzask, dzikie tlumy na ulicach, bazary itd.. tylko tutaj jest to w duzo wiekszej skali. Zajelismy pokoj w hostelu Queens Way (polecany przez LP). Cena 350 rupii/leb. Drogo jak na standard pokoju, ktory co tu duzo mowic, jest syfiaty. Taniej nie znalezlismy jednak. Dobra, przeciez to tylko jedna noc :). Przeszlismy sie jeszcze po miescie, zobaczylismy tutejszy meczet, ogolnie jest fajnie :). Tylko ta pogoda... Niesamowicie duszno, wilgotnosc na pewno 100% (o ile nie wiecej :D ) i do tego goraco.. Az sie boje tego, co bedzie w Indiach.. Cos czuje ze po tygodniowym objezdzie indyjskich miast z radoscia wyjedziemy w gory, gdzie bedzie można odetchnac...
Jutro Indie... ciekawe... (wreszcie bedzie zasieg sieci komorkowej :>).
3.7.2004, Krzysiek w drodze do Indii 25.06-3.07
25 czerwca - "Do Indii? Eee..."

Katowice, 7.32, pociag do Przemysla. Tutaj zaczyna sie moja przygoda..
Rodzice podwiezli mnie na dworzec, zajalem spokojnie miejsce w pociagu, pozegnania... Dostaje SMS od Jacy, ze jest w pociagu – pierwsza niespodzianka :). Jaca z Marcinem mieli sie dosiasc w Krakowie, tymczasem Jaca wsiadl do pociagu w Gliwicach i czekal na mnie w 2gim wagonie.. Koniec koncow, jechalismy dalej razem. W Krakowie dosiadl sie Marcin (vel Tyron) i tak juz w komplecie kontynuowalismy do Przemysla. Podroz do krancow naszego pieknego kraju odbylaby sie bez wiekszych perturbacji gdyby nie.. no wlasnie, nadgorliwa konduktorka, przez ktora koszty podrozy Jacy zwiekszyly sie kilkukrotnie.. (nie wzial polskiej legitymacji, jedynie ISIC a ona sie uparla mu go nie uznac...). W Przemyslu byli¶my planowo, okolo 12.30. Stad wzielismy busik do Medyki za 1zl od lebka, dalej pieszkom ;) przez granice i bylismy w domu, tzn. na Ukrainie :>. Stad marszrutka do Lwowa (7.5hr/leb) i okolo godziny 16 bylismy w "Krakowie Ukrainy". W marszrutce spotkalismy dziadka, ktory okazalo się przyjechal z rodzinnego miasta Jacy i Tyrona - Gliwic. We Lwowie ma rodzine. Gdy dowiedzial sie, ze jedziemy do Indii, stwierdzil, ze sie nam nie uda.. Nie ma to jak optymistyczne podejscie postronnych.. :) O 22:55 mielismy pociag do Kijowa (nr 92, koszt biletu to jakies 400 rubli, kupiony na poczatku czerwca przez kolege w Moskwie, tutaj pozdrowienia dla Marcina, ktory to walczyl z rosyjskimi bileterkami :) ), wiec do tego czasu trzeba było cos robic... Podsumowujac: 3 piwa, kupiona na droge "Piatka" kurant, kilka zjedzonych pierozkow, troche wrazen estetycznych w knajpce w poblizu dworca (wrazeniom na imie Juda :>) i zasiedlismy w pociagu. Wagony naszej plackarki byly jakies odnowione, jakosc pierwsza klasa. Posililismy ;) się "Piatka" i po udanym posilku udalismy sie na zasluzony spoczynek.

26 czerwca - "Szesc pasow jezdni i ?"

Do Kijowa dotarlismy wg planu, okolo 6.30 rano. Obmien waluty, szybka toaleta, bagaze do przechowalni i w droge na podboj Kijowa. Jako, ze nikt z nas nie byl tu wczesniej ani tez nie znalismy szczegolnie wartosciowych miejsc tu do obejzenia, zdalismy sie na swoj podrozniczy nos, oraz.. szczatkowa pamiec Jacy, ktory twierdzil, ze warte obejrzenia sa "cos na K.. :) oraz jakas szeroka ulica..". Zakup mapy ulatwil nam odnalezienie tych atrakcji turystycznych. Pierwsze zderzenie z Kijowem - "matko, jakie to wszystko wielkie!!". Tutejsi projektanci chyba byli autorami slowa "monumentalne". Wszechobecne akcenty "pracujacego ludu", wszystko olbrzymie.. Miasto zrobilo na nas raczej kiepskie wrazenie. Owszem, bardzo czysto, wszystko niby fajne.. ale jakies takie powierzchowne i hmm.. z "minionej epoki". W poszukiwaniu "6cio pasmowej ulicy ;)" znalezlismy bardzo fajne centrum handlowe z darmowa ubikacja, polecamy na przyszlosc :> (na bulwarze szewczenki). Do samego "Prospektu Pobiedy" w koncu nie dotarlismy, stwierdzajac, ze nie jest to raczej atrakcja turystyczna :) O 15.32 mielismy pociag do Kijowa (nr 42 - koszt jakies 500 rubli). Wzmocnieni 2ma piwkami zajelismy miejsca. Ponownie, wagony bardzo ladnie odnowione (siedziska a raczej "lezanki" obite flauszem (czy jak to sie tam zwie..)). Kolo nas miejsce mial dwugowlosy pan.. Pogawedka z nim umilala nam podroz.. Zgodnie z planem pociag opuscil Kijow. Nastepna stacja - Moskwa..

27 czerwca - "Eee.. ten Lenin to wyglada jak gipsowa kukla"

Moskwa, okolo 7 rano jestesmy na miejscu. Jak zwykle bagaze do przechowalni, toaleta i w droge.. Ooops, moze nie jak zwykle. Najpierw zmienilismy stacje kolejowa (przyjechalismy na Moskwa - Kijowska, a pociag do Biszkeku odjezdzal ze stacji Kazanska (stacja "Konsomolskaja" metra)). Udalismy sie metrem w poblize "Placu Czerwonego" i od razu rozczarowanie - zamkniety. Pytamy sie policjantow, czemu zamkniety - nie wiedza, na jak dlugo - nie wiedza (a co oni wiedza???). Poszlismy nieopodal Kremla spozyc poranny posilek, by nastepnie udac sie w kolejke do odwiedzenia "Mekki" - mauzoleum Lenina. O 10-tej zaczeto wpuszczac odwiedzajacych. Wejscie darmowe (a jak, w koncu trzeba nawracac innowiercow ;) ). Samo mauzoleum bylo dla nas wielkim rozczarowaniem. Lenin wygladal jak gipsowa kukla!!, wokol pelno mundurowych, ktorzy przy kazdym szmerze dawali znak "ciii"... Smiechu warte i tyle. Po wyjsciu z mauzoleum obowiazkowa wizyta po grobach "zasluzonych" dla tego pieknego kraju.. (oczywiscie Jozef tez tam byl...). Aha, nie mozna miec ze soba aparatow foto, stwarza to pewien problem, szczegolnie gdy dowiaduje sie o tym przy wejsciu. Nam pomogla nieco obecnosc grupki Francuzow, z ktorymi Jaca rozmawial kilka minut wczesniej. Oblepieni w aparaty i kamery wytypowali jednego sposrod siebie by popilnowal, wiec my takze oddalismy mu swoj pod opieke. Po Leninie przyszedl czas na Kreml. Oczywiscie kolejki do wejscia i kas olbrzymie. Ceny takze. Inne dla "swoich", dla innostrancow x2. Ostatecznie wykupilismy jedynie opcje obejscia po terenach Kremla wraz z wstepem do kilku cerkwi na jego terenie za 150 rubli/leb (cena ze znizka studencka, dzialaja polskie legitymacje i ISIC, Euro26 tutaj "nie charaszo", bilet normalny 300 rubli). Bardziej oplaca sie jednak wykupic bilet do zbrojowni. Kosztuje 350 rubli (175 ze studencka). Tak samo mozna pochodzic sobie po Kremlu, do cerkwi mozna wejsc "na lewo" (do 2 najbardziej atrakcyjnych byly takie tlumy, ze nie sprawdzano biletow). Po odwiedzeniu 2 obowiazkowych atrakcji Moskwy przyszedl czas na "szwedanie sie". Odwiedzilismy fajna uliczke o nazwie "Arbat" (wraz z jej wieloma sklepikami i knajpkami), gdzie szczegolnie spodobalo sie nam piwo "Zlota boczka" za 29rubli/leb :). Poza tym godne polecenia to "Baltika 3", chyba nawet lepsza, ale nie byla dostepna w naszym, najtanszym pubie na ulicy :). Pozniej kilka obowiazkowych fotek z "palacami kultury", wyjasnienie zagadki zamknietego "Placu Czerwonego" (wieczorem urzadzili sobie na nim sped wyznawcow krzyza z "dodatkami".. widzielismy z daleka patriarche ;) ). O 23.16 mamy pociag do Biszkeku (nr 016 - 2100 rubli). Okropnie zmeczeni zajmujemy swoje miejsca... Wagony paskudne, albo raczej trzeba powiedziec normalne :). Zaduch, okna sie nie otwieraja.. Czeka nas w tym pociagu ponad 3 dni..

27 czerwca - 1 lipca - "Babuszki, Riba,riba i Ben Gay"

Jak wspomnialem wyzej, pociag nawet nie umywal sie do obu, którymi podrozowalismy na Ukrainie. Wagony kirgiskie.. niestety.. Obsluga pociagu beznadziejna. Praktycznie kazde wolne miejsce w pociagu na bagaze zostalo wykorzystane do... udzielenia miejsca nowym, nielegalnym pasazerom :), ktorzy co najmniej 2 razy dziennie zamykani byli w kiblu (smieszny to widok widziec 7miu chlopa w kiblu z plackartkego.. ;>), w trakcie gdy przychodzila kontrola. W pociagu przez caly okres byl syf, zaduch i co tu wiecej opisywac... :). Ogolnie jechalo sie milo. Im bardziej na poludnie, tym wieksza "egzotyka". Widac to bylo najbardziej po tzw. Babuszkach oferujacych roznorakie specjaly podroznym na stacjach. Na terenie Rosji babuszki te byly.. supermarketowe :). Po prostu przytargaly wozek na dworzec i sprzedawaly rozne, gotowe towary. Kazachstan to juz inna bajka. Tutaj praktycznie na kazdej stacji byly tlumy babuszek, sprzedajacych przepyszne pierogi (tutaj zwane "manta" lub "warennikami", polskie pierozki to zupelnie co innego tutaj), pierozki, gotowe zestawy obiadowe (miesko, kapusta, ogorek..), za pieniadze, ze ktore w Polsce wielu osobom by nawet nie chcialo sie pomyslec o tym, ze wypadaloby cos ugotowac.. Poza tym na terenie Kazachstanu pociag zmienil sie... w jezdzacy bazar. Praktycznie co kilka sekund przez wagon przechodzila kolejna osoba oferujaca swoje towary (od zywnosci, poprzez zabawki, sprzet RTV, na ubraniach czy zlocie skonczywszy). Poza tym osoby te dziwnie upodobaly sobie nasz "przedzial". Jednego dnia taka babuszka, 130 kilo zywej wagi, prawie zmiazdzyla Jacy nogi, siadajac sobie w najlepsze by odsapnac, gdy ten sobie smacznie rano spal.. Potem wyciagnela kilka ususzonych ryb i zaczela chodzic z nimi po wagonie :) krzyczac "Riba, riba".. Takich babuszek bylo mnostwo, ale akurat ta zapadnie nam chyba najdluzej w pamieci :). Z innych smiesznych historii, to jeden z nielegalnych pasazerow, który zostal nam dokoptowany (zamiast bagazy nad moim miejscem), mial.. hm... smierdzace jak cholera nogi :). Postanowilismy go nie wpuscic, mowiac mu, ze ma "waniajne laski" (czy jakos tak :D)...Ten wrocil za pol godziny.. na bosaka z butami w woreczku, mowiac, ze byl umyc nogi :). Smiechu co nie miara.. Oczywiscie jacy to niewystarczylo i uzyl jeszcze jednej broni chemicznej - Ben Gaya (tutaj usmiech w kierunku mojej kuzynki, ktora to wyposazyla mnie w 3 opakowania :> ). Ben Gay ma.. charaktereystyczny, mocny zapach.. Pol tubki w poscieli "nielegalnego" zrobilo swoje :). Wyniosl sie nastepnego dnia :). Chyba nie wytrzymal :D. Slowo o granicach. Odprawy graniczne Ukraina-Rosja, Rosja-Kazachstan bezproblemowe. Bardzo milo, bezproblemowo (mielismy rosyjskie wizy tranzytowe, nie wiem czy tak bezproblemowo byloby, gdybysmy ich nie mieli liczac na 10 dniowy bezplatny przejazd dla posiadaczy biletow tranzytowych...). Jedyny zgrzyt byl na granicy Kazachsko-Kirgiskiej gdy pogranicznik Kirgiski, szukajac latwych pieniedzy, zaczal nam wmawiac, ze nam nada miec voucher i bez niego do Kirgizji ani rusz... Po dluzszej rozmowie skonczylo sie na 5 dolarach "na karme" czyli po prostu lapowki. Niby to niewiele, ale jednak troche psuje wizerunek Kirgizji, jako kraju nastawionego na turystow (bo z czego niby maja zyc, gdy przemyslu u nich praktyucznie nie ma). 1 lipca okolo 4tej dojechalismy do celu - Biszkek.

1-2 lipca - "Witamy w dupie, czyli Kirgizja jest fajna :)"

Wysiadamy z pociagu w Biszkeku. Tlumy ludzi, wokol pelno naganiaczy mowiacych tylko "taxi, taxi". Nami "zaopiekowaly" sie 2 kobietki z pociagu, jadace takze jak my, do Osh. Obydwie mieszkaja na stale w Osh, ale ostatni rok spedzily w Murmansku, gdzie handlowaly na tamtejszym bazarze. Wyprowadzaja nas sprawnie z pociagu do ich znajomego kierowcy. Kierowca, nie pogadasz, ciemny Mercedes, czarne szyby, brak wiekszosci zebow z przodu ;) (pewnie szykowal sie do wstawienia sobie "zlotego kompletu", taki tutejszy krzyk mody). Za przejazd do Osh zaplacilismy po 800 somow/leb (1usd = 41.0-42.4). Byc moze daloby sie nieco taniej, np za 700 somow, ale bylismy zmeczeni, fura niezla no i wszystko "zaplanowane". Podroz do Osh obyla sie bez zadnych problemow. Trasa okolo 700 km pokonana w jakies 11 godzin, co jest niezlym czasem, zwazywszy ze jedzie sie przez wieksza czesc drogi po gorach, i to jakich gorach... Po drodze podziwialismy okoliczne szczyty i szczeka coraz blizej zblizala sie do podlogi. Widoki naprawde wspaniale. Co jakis czas zatrzymywalismy sie by strzelic fotke. W samochodzie stalo sie cos, co zmienilo nam nieco plany na dalsza droge. Chcielismy przenocowac 1 noc w Osh, odpoczac (ostatnia noc w pociagu w ogole nieprzespana, przejscia graniczne itd...). Kierowca nas uswiadomil, ze przejscie graniczne w Irkesztanie jest zamkniete w weekend. Nie byl jednak pewny tej wiadomosci. Po przyjezdzie do Osh zadzwonilismy do Osh Guest House (chcielismy tam spac). Przyjechal po nas koles z tego hostelu. Zapytalismy sie go o te przejscie. Potwierdzil.. Szybka decyzja, jedziemy dalej, gdyz nie chcemy kiblowac w Osh do poniedzialku. Niestety, praktycznie nic w Osh nie zobaczylismy, ale coz, czas nagli, trzeba jechac. Nasz kierowca (ktoremu Ajbar bylo na imie), zawiozl nas na "baze taksowek". Tutaj szukalismy kogos, kto nas przewiezie na przejscie graniczne. Pierwszy chetny zaspiewal cene 4000 som twierdzac, ze droga jest paskudna i jedzie sie bardzo wolno. Cena ta byla dla nas nie do przyjecia. Po dlugich targach pojechalismy w koncu z Aleksem, za 2300 somow jego wspanialym mercedesem - Wolga :). Jeszcze tankowanie, wymiana waluty, szybki obiad (25 somow za przyzwoita wyzerke) i w droge. Po drodze Aleks wpadl jeszcze do domu, gdzie razem z jego rodzinka spozylismy jakis dziwny twarogo-kefir. Smakowalo niezle, bylo zabawnie :). Aleks zabral ze soba brata. Wczesniej Aleks twierdzil, ze dowiezie nas na granice juz na 1 w nocy (wyruszylismy o 19:40). Mowil, ze byl kiedys kierowca Kamaza i jezdzil tym przejsciem wiele lat... Pozniej okazalo sie, ze zadne z jego zapewnien nie bylo prawdziwe.. :) Jego brat, lat 45 (wygladal spokojnie na 70), kolejny kierowca Kamaza ;), podobno specjalista od napraw samochodow :), poczatkowo byl pilotem, pozniej sam przejal stery... Rzeczywiscie, wygladalo, ze zna droge na pamiec. Droga do Sare-tash jest paskudna, nie miesci sie chyba w zadnej klasie drog (o asfalcie to mozna pomarzyc..). Jak dziadek :) usiadl za sterami, od razu zrobilo nam się cieplo... Noc, ciemno jak w d..., a ten pedzi 100km/h na drodze, po ktorej normalnie nie powinno sie jechac wiecej niż 30. Ciagle zakrety, gorskie serpentyny, a ten gna... Na szczescie troche zwolnil gdy uslyszal nasze "nie tak bystro". Wszystko szlo dobrze... az do momentu gdy dziadek cos rozwalil... Co? Nie mamy pojecia, ale z wolgi wyraznie cos cieklo... Oczywiscie Aleks z dziadkiem niezrazeni, dalej mowili "charaszo" i ze bedziemy na czas. No to pedzimy dalej.. No i znowu klops.. Dziurawa opona. No nic, normalnie wyciaga sie zapas, podnosi auto podnosnikiem, zmienia kolo i jedzie dalej. No ale kto mowil, ze bedzie latwo? ;) Oczywiscie kierowcy nie mieli zapasu, a jedynie detke (oczywiscie pompki tez nie mieli), nie mieli podnosnika, wiec probowalismy podniesc wolge i postawic na kamieniach.. 5 chlopa to jednak za malo by podniesc ten ruski czolg :). Probowalismy zlapac Kamazy przejezdzajace z czestotliwoscia 5 na godzine. Zaden sie nie chcial zatrzymac.. W koncu jeden sie zatrzymal. Kierowca pomogl nam sciagnac kolo, napompowali je kompresorem i pedzimy dalej. Oczywiscie po okolo 2km znowu "flak". No i znowu zabawa od nowa, trzeba podniec auto (wazace chyba z 2 tony). Sciagnac kolo i wymienic detke... Kolejny zatrzymany Kamaz, kolejny kierowca pomaga podniesc wolge - sukces, mamy podlozone kamienie pod auto, mozna sciagac kolo :). Sciagnac kolo to jednak malo, trzeba jeszcze w nim zmienic detke... Kierowcy po 2 godzinach walki (m.in. kolejny kamaz najechal!! na te kolo, by spuscic resztki powietrza :D), osiagneli sukces, mamy zmieniona detke... Po kolejnej godzinie kolejny Kamaz kolo napompowal, kolo zmienione, ruszamy dalej. Calosc trwala jakies 5h, na dworze temperatura, na oko -2C (a my w krotkich spodenkach :D, w koncu na dole, zanim wjechalismy w gory bylo jakies 30C :>). Jedziemy dalej!! Droga od Sare-tash to po prostu juz tragedia. Dobrze, ze jechalismy wolga!! Inne auto oprocz wolgi, jeepa lub Kamaza, nie przejechaloby tej drogi. Obudzilismy sie okolo 6rano, patrzymy przez okno a po prawej stronie widok, ze zmiekly nam nogi... Snieznobiale szczyty gorskie oswietlone wschodzacym sloncem!! Widok nie do opisania, to trzeba zobaczyc!!! Aleks twierdzil, ze to Afganistan (chyba kiepsko mu szlo z geografii :>). Dwie z tych snieznobialych gorek, to takie niewysokie, bo majace jedynie >7000m - Pik Lenina i Pik Komunizma :). Ladnie sie zaczyna... Okolo 8mej rano, po 12h jazdy (odcinek zaledwie ~260 km z Osh) jestesmy na granicy. Tutaj zaczyna sie kolejna gehenna. Przejscie graniczne przekraczalismy 8.5h!!! Najpierw przytrzymali nas nieco wojskowi. Okazalo sie, ze Aleks nie moze nas dowiezc do samego przejscia, potrzebuje jakies pozwolenie itp.. Zaaresztowali dziadka :), bo nie mial owodu tozszamosci.. Ehh, zmiekly nam serca. Dalismy Aleksowi 5$ na zaplate "sztrafu", pozegnalismy sie i wsiedlismy w przejezdzajace przejsciem Kamazy (przejsciem tym jada praktycznie jedynie Kamazy, kazdy wiezie 50ton zlomu z Kirgizji do Chin). 5km odcinek do granicy kamaz pokonywal okolo godziny!!!(ale katorga..) Potem kolejne 1.5h i jestesmy odprawieni... Znow w Kamaza i znow godzinka do kolejnego posterunku.. kirgiskiego!!. Znowu kontrola.. i po 30 min ruszamy dalej. Kamaz wlecze sie tak, ze pieszo byloby duzo szybciej, ale nie wolno. Dojezdzamy do odprawy chinskiej i?? Czekamy 4h, bo chinczycy maja przerwe na obiad. Szybka kontrola paszportow i jedziemy dalej. Gdzie? A jak, na kolejna kontrole chinska.. Tutaj wysiadamy z Kamaza, odprawa celna, paszporty, wizy i jestesmy w Chinach.. Godzina 16.30 lokalnego czasu. Za 40$ jedziemy do Kaszgaru taksowka (nie bierzcie autobusu, jak bedzie jechac!! Kosztuje 25$ od osoby i takze sie wlecze, taksowka mozna pojechacza 40$ za 3 osoby a daloby sie taniej, ale nie mielismy juz sil sie targowac po 2 dniach i nocach gonitwy z czasem). Okolo 20 jestesmy w Kaszgarze. Ladujemy sie do hotelu Seman Road Hotel. Po krotkich targach bierzemy dwojke na 3 osoby za 75 juanow (1$=8.1-8.25, w zaleznosci ile pieniedzy sie wymienia, im wiecej tym lepszy kurs). Pokoj fajny, z TV, lazienka, bardzo polecamy. Lozka baaardzo duze. Po zlaczeniu spokojnie mieszcza sie na nich 3 osoby. Ogladamy w chinskiej TV z jaca mecz Czechy-Grecja :) (niezly folklor.. swoja droga, szkoda czechow) i idziemy pochodzic po miescie.. Miasto - rewelacja!!! Jemy obiad za ... 3.5juana od osoby (duza porcja makaronu z miesem i kupa warzyw, po prostu chinskie jedzonko, ale wysmienite). Potem piwko (3 juany za butelke 630 ml), internet (3juany) i spac...

3 lipca - "Ja chce tu zostac dluzej.."

Kaszgar to wspaniale miasto. Zamieszkale glownie przez Ujgorow, chociaz ostatnio coraz wiecej jest osiedlanych tu chinczykow (taka polityka.. wyplemic wszystkie mniejszosci i obsadzic swoimi :( ). Powstal swoisty tygiel, mieszanka kultury arabskiej i chinskiej - co tu duzo mowic, wspaniala mieszanka. To miasto ma swoj klimat!!! Ceny tutejsze sa bardzo niskie. Niezly obiad mozna zjesc za 3-5 juanow, piwko 3 juany, arbuz 2 juany, naprawa buta ;) - 1 juan (jaca dal do zszycia klapki). Caly dzien wloczylismy sie po miescie chlonac jego atmosfere. Spedzilismy ladnych pare godzin na bazarach, gdzie na setkach stoisk oferowano owoce, dania kuchni chinskiej i ujgorskiej, przyprawy, ubrania, nakrycia glowy.. Po prostu wszystko. Zrobilismy sobie takze zdjecia z Mao :) (jest tu jeden z wiekszych w Chinach jego pomnikow), weszlismy w jakas boczna uliczke. Zdawalo nam, ze cofnelismy sie w czasie o 200 lat.. Zrobilismy tez sesje fotograficzna kilkunastu mieszkajacym tu dziewczynkom, ktore otoczyly nas i chcialy koniecznie, bysmy im pstrykneli pare fotek :) - po prostu "ogien z dupy" jak to okresla jaca :). Jest wspaniale!! Wieczorem jeszcze wypad po miescie, zjedlismy najlepsze w zyciu pierozki z baranina (specjalnosc kuchni ujgorskiej, obok kebabow). Przyczepilo sie tez do nas jakichs 2 mlodych chinczykow, ktorzy chodzili z nami przez 2 godziny, cwiczac swoj angielski (oboje studiuja anglistyke). W Kaszgarze nie ma zbyt wielu bialych turystow, po prostu malo kto tu dociera, dzieki czemu mozna spotkac sie ze wspaniala serdecznoscia tutejszych mieszkancow, z ktorych wielu chce po prostu zamienic z nami pare slow czy chocby miec z nami zdjecie.. Jutro czeka nas najwieksza atrakcja Kaszgaru. Slawny na cale wschodnie Chiny i okoliczne kraje targ. Zjezdza się tutaj kilkadziesiat tysiecy osob by oferowac swoje towary.. Podobno "ogien z dupy" ;). O 15 opuszczamy Kaszgar. Jedziemy nad jezioro Karakul. Wspaniale polozone pomiedzy 2ma siedmiotysiecznikami.. Przejazd kosztuje nas 80juanow prywatnym samochodem. Mozna taniej autobusem - 40 juanow, ale wyjezdza on o 8mej rano a ponadto nie kursuje w niedziele. Z Karakul dalej do granicy pakistanskiej..
11.7.2004, Krzysiek w Indiach, 09.07
9 lipca "Welcome to India"

Pobudka, 8:30 rano. Noc spedzona przy halasie jak z silnika odrzutowego (pseudo klimatyzator w pokoju, glosny, ale jak sie wylaczylo, to bylo nie do wytrzymania). Cale szczescie, ze tyron wzial kilka par stoperow do uszu, dalo się spac :). Rano szybkie sniadanko (cena nas totalnie wprawila w oslupienie.. 25 rupii pakistanskich za 3 osoby!!! To jest niecale 2 zl, za przyzwoity posilek - prawie obiad). Potem riksza na dworzec kolejowy (30 rupii za 3 osoby) i tutaj lapiemy autobus numer 4 do miasteczka przygranicznego - Wagah. Autobus dociera tam po okolo 1.5 h (dlugo mu zeszlo na te 30 km..). W czasie jazdy stanowilismy nie lada atrakcje dla pasazerow autobusu. Co chwile ktos sie do nas dosiadal, ktos probowal zagadac z wiekszym lub mniejszym szczesciem. Poznalismy po drodze grupke Pasztunow, spod granicy afganskiej (a nie jestem pewien, czy nie przypadkiem z Afganistanu). Tak w ogole, to pakistanczycy sa bardzo mili. Nie spotkalismy sie z zadna oznaka wrogosci, wiecej, wszyscy wokol sa bardzo sympatyczni, chetni do pomocy, ciekawi skad jestesmy itd.. Mijamy po drodze coraz wiecej krow, chodzacych sobie bezpansko.. Widac, ze zblizamy sie do kraju, gdzie wolowina jest surowo zabroniona :). W koncu docieramy do granicy. Przed samym przejsciem jest stanowisko dziadka, ktory sprzedaje przewodniki Lonely Planet, Rough Guide czy Footprinta, za polowe ceny nominalnej. Wybor ma calkiem spory, prawdopodobnie wiekszy niz w jakiejkolwiek polskiej ksiegarni. Jesli ktos wybiera sie do Indii i chce kupic przewodnik, niech zrobi to tutaj. Lepiej na tym wyjdzie.. Dziadek ma nawet przewodnik po Polsce ;) (tez Lonely Planet) oraz pare polskich ksiazek!!! Zastanawialem sie nad zakupem przewodnika po Indochinach, bardzo dobra cena - 8 dolarow, ale w ciagu najblizszych 2 lat i tak pewnie tam nie pojade (choc kiedys bym bardzo chcial), wiec w koncu odpuscilem. Przekraczamy w koncu granice. Dowiadujemy sie, ze dzisiaj te sama granice przekraczal jakis inny Polak - Cezary. Granica, hmm, wyglada jak miejsce festynu :). Pelno kwiatow, ludzi prawie wcale. Granice przekraczaja tutaj praktycznie tylko turysci, gdyz Pakistanczycy praktycznie nie dostaja wiz indyjskich i vice versa. Rozpakowywanie bagazy po stronie pakistanskiej (zastanawiamy sie, po co na kazdej z granic kontroluja nam bagaze przy wyjezdzie.. w Europie sie tego nie praktykuje :>) i ruszamy do Indii. Po stronie indyjskiej wypelniamy magiczne karteczki, które musimy zwrocic przy wyjezdzie oraz deklaracje celna. Przeswietlenie bagazy, male rozpakowywanie i jestesmy w Indiach!! Bardzo szybko i sprawnie.. Wymiana dolarow na rupie indyjskie (44rupie za dolara), wytargowujemy u taksowkarza przejazd do pobliskiego Amirtsaru za 130 rupii za 3 osoby i jedziemy. Na miejscu jemy pierwszy indyjski posilek (208 rupii za 4 osoby za chicken curry - drogo!!!). Ceny duzo wyzsze niz w Pakistanie, jestesmy nieco rozczarowani. Strzelamy sobie piwko, 1 na 3 osoby, bo znowu, bardzo drogie (70 rupii za 630 ml). Poza tym niedobre :). Orientujemy sie co do przejazdu pociagow i jedziemy darmowym busikiem do "Zlotej Swiatyni". Tutaj bedziemy spac (za darmo), jesc (za darmo :) ), oraz "uduchowiac sie". Swiatynia jest swietym miejscem Sikhow. Miejsce naprawde niesamowite. Praktycznie caly dzien trwaja tu obrzedy. Atmosfera niesamowita, miejsce to ma taki klimat, jak zaden inny i co najwazniejsze, nie jest skazone komercja. Mozna tutaj naprawde odetchnac. Na terenie swiatyni jest tez punkt rezerwacji biletow kolejowych. Rezerwujemy bilety na jutrzejszy pociag o 16.10 do Delhi (cena 230 rupii za miejsce sypialne). Bedziemy na miejscu o 4.30 nad ranem. W Delhi mamy sie spotkac z druga grupa, ktora przylatuje w niedziele nad ranem. Dalej bedziemy podrozowac razem...
13.7.2004, Krzysiek w Indiach, 10-12.07
10 lipca - "Vanishing mobile.."

Pobudka, 9 rano. Chwile ociagania sie i chodzimy znowu po Golden Temple. Sliczna.. Pare godzin pozniej mam jednak dosyc Indii i jej mieszkancow.. W czasie posilku w okolicznej restauracyjce zauwazam brak telefonu. Sprawdzam w swiatyni, gdzie spalismy, nie ma, w restauracji nie ma, po prostu wyparowal.. Ladnie mnie Indie witaja... O 16 jedziemy pociagiem do Delhi, 2nd class sleeper (230Rs/leb). Odcinek 447 km pokonuje w SIC!, 12,5h!!! (zreszta tutaj wszystko dzieje sie jak w zwolnionym tempie.. nie dziwie sie, ze ten kraj jest taki biedny, skoro tutaj nikt się nie spieszy.. ).

11 lipca - Agra

Do Dehli docieramy oczywiscie z pol godzinnym opoznieniem, a jak, w koncu co to jest pol godziny opoznienia :). Na dworcu spotykamy sie z reszta naszej grupy, ktora doleciala kilka godzin wczesniej, tj z Agnieszka, Dominika, Tomkiem, Michalem i Ogorem. Od teraz bedziemy podrozowac dalej razem az do konca lipca. Szybka decyzja co robimy. Bierzemy w koncu 2nd class do Agry i w droge.. Cena biletu - 59 Rs za 180 km, malutko, ale komfort podrozowania.. hmm... W europie chyba bydlo jezdzi w lepszych warunkach. Takich tlumow w pociagu nie widzialem nigdy w zyciu. Ludzie byli po prostu wszedzie. Kazdy milimetr podlogi byl zajety, kazda polka, luki bagazowe.. Wszedzie ludzie (czasami jeden na drugim :>). Cztery i pol godziny w pociagu to byl koszmar.. W koncu dojechalismy. Zadowoleni, ze wreszcie się skonczyla ta gehenna.. Wiecej nie wsiadziemy juz do tej "klasy", ktora sami nazwalismy "bydleca". W Agrze w miare sprawnie znalezlismy nocleg. 500Rs za 3 pokoje: 1 dwojka oraz 2 trojki. Pozniej odpoczynek i po poludniu udajemy się na miasto.. Szybki posilek (500 rupii na 8 osob), a potem objazd miasta 2ma rikszami w 6 osob (po 75Rs za riksze). Przy okazji chcielismy kupic bilety na pociag, na jutro do Kajuharo, wiec rikszasz zawiozl nas do "booking agency". Tutaj oczywiscie okazalo sie, ze jak zwykle chca z nas "zerznac". Koles powiedzial, ze bilet do Jhacy kosztuje 250Rs.. (jak zwykle sciemnia).. Po krotkich targach dalismy sobie z nimi spokoj. Pojechalismy na dworzec, byla godzina 18 a tu co?? Oczywiscie zamkniete.. w koncu po co maja byc otwarte kasy... Ten kraj jest takim gospodarczym tygrysem, ze może sobie pozwolic na "opieprzanie sie" swoich mieszkancow... Trudno, kupimy jutro rano. Jeszcz tylko lassi w knajpce Jonyego 15Rs (pyszne), zoladkowa gorzka na 8 osob :) i spac.. Musimy wstac bardzo wczesnie, chcemy zobaczyc Taj Mahal o swicie...

12 lipca - "Zdzierania z turystow ciag dalszy..."

5.30 rano, pobudka i zmykamy do Taj Mahalu.. Musimy jednak poczekac 15 minut, bo otwieraja dopiero o 6tej. Bilety dla obcokrajowcow sa po... 750Rs gdy tymczasem autochtoni placa.... 20Rs!!! Co prawda kazdy z nas o tym wiedzial, ze jest taka roznica, wiedzielismy po ile trzeba zaplacic, ale to ogromnie wkurza, gdy widzi sie takie traktowanie... Okreslenie 100 lat za murzynami w stosunku do Indii chyba by ich cywilizacyjnie usytulowalo nieco zbyt wysoko... (rozumiem, ze wejsciowka do takiego miejsca jak Taj Mahal musi byc droga.. ale rozpietosc miedzy cenami dla swoich a obcych jest straszna..) Sam Taj Mahal piekny, ale hmm, nie rzucil mnie na kolana.. Ot budyneczek z marmuru :).. To co tutaj wypisuje moze być nieco spaczone, przez moja chwilowa, uzasadniona, niechec do Indii, wiec oczywiscie, nie nalezy sie tym zbytnio sugerowac.. :). Taj jest ladny, ale nie wart tej ceny, i tyle... Tyron jako jedyny zbojkotowal Taj Mahal, obejrzal go jedynie z zewnatrz i pojechal na dworzec kupic bilety. Zaplacil za nie.. 150 Rs/leb za sleeper do Jhancy (po raz kolejny sie okazalo, ze "wspaniali" hindusi chcieli nas orznac na 100 Rs/leb... staje sie to juz irytujace.. niech sie w koncu do pracy wezma a nie tylko mysla jak okradac innych). Pozniej jeszcze wizyta w forcie Agra (250 Rs z biletem Taj Mahal, 300Rs bez biletu). Tutaj cena duzo lepsza za to co można zobaczyc, rzeklbym opowienia (i juz tak nie razi 20Rs dla miejscowych). O 21:30 mamy pociag, zaraz sie zbieramy w droge... Aha, podczas popoludniowej przekaski u Jonyego spotkalismy fajnego Belga - dyrygent (ciekawy czlowiek, zna osobiscie Goreckiego, Kilara, wspolpracowal z nimi, kilka razy do roku dyryguje w Polsce.. bardzo mu sie Polska podoba... – mile :) ). W Indiach jest po raz 15.. Zapytalem sie, co go tak tu fascynuje, skoro ja na razie tu widze smrod, brod i naciagactwo.. Polecil uciec od "atrakcji turystycznych"... Podobno jest zupelnie inaczej... Wierze mu, pewnie tak jest i mam nadzieje, ze moje chwilowe bardzo negatywne nastawienie do tego kraju sie zmieni..
16.7.2004, Krzysiek w Indiach, 13-15.07
13 lipca - "Kamasutra - hinduskie kino ;) erotyczne"

We wtorek o 21.42 wyruszylismy pociagiem do Jhansi. Wspominalem wczesniej, ze bilety zakupilismy o 100 rupii taniej w kasach niz u posrednika.. Ale na tym oczywiscie zakonczyla sie ta mila czesc podrozy :). Na okolo pol godziny przed odjazdem zaczalem wnikliwie ogladac bilet w poszukiwania numeru wagonu, w ktorym mielismy nasz miejscowki. Mimo wspolnych wysilkow, nie udalo sie :). Zaczely mnie niepokoic 2 literki przy naszych domniemanych numerach miejsc - WL. Nagle olsnienie!! Przeciez to jest "waiting list". Pedem do informacji, stamtad odeslali nas do jakiejs dworcowej pomocy, i za chwile juz wiemy o co chodzi. WL oznacza nie "waiting list" a "will list" czyli innymi slowy, mamy miejsca, ale w momencie wystawiania biletu nie wiadomo jakie. To jakie dostalismy miejsca dowiedzielismy sie wlasnie w punkcie, gdzie nam wyjasniono znaczenie tego magicznego skrotu. 5 osob dostalo miejsca w tym samym wagonie z czego 3 kolo siebie, a pozostala trojka zostala rozrzucona po kolejnych wagonach... Zagotowalem sie. Poszedlem na informacje i zaczalem sie wyklocac z tamtejszym "oficerem", ze powinni nas rano poinformowac, ze tak to dziala i o co chodzi, a nie mowic z usmiechem, ze wszystko ok i mamy przyjsc na 21.30. Wiecej, gdybysmy nie zapytali o magiczne WL to bysmy do samego konca nie wiedzieli o co chodzi szukajac wagonu WL. Zwymyslalem indyjskie koleje oraz ich system rezerwowania biletu biednemu oficerowi. Z oczywistych wzgledow, nie bede tego tutaj przytaczal, chociaz po angielsku i tak nie brzmi to tak ostro, jakby moglo po polsku :). Pociag oczywiscie sie spoznil, ale niewiele, 15 minut, co to jest 15 minut w kontekscie wiecznosci... Chcielismy zamienic jakos miejsca w pociagu przy pomocy konduktora, ale niestety, ow do tej pomocy sie nie kwapil. Skonczylo sie w koncu tak, ze ja z ogorem spedzilismy 4 godziny podrozy w innym wagonie siedzac pokatnie na skraju czyjegos lozka... Okolo 1 w nocy bylismy w Jhansi. Tutaj dowiadujemy sie, ze autobus do Khajuharo odjezdza o 5 nad ranem... Bilet kosztuje 85 Rs. Rozbijamy male obozowisko na parkingu i wsuwamy polskie kabanoski :). W tym czasie Michal z Ogorem poszli szukac alternatywnego transportu. Po okolo godzinie przyprowadzili jeepa. Zawiezie nas za 1100 Rs do Khajuharo za 8 osob. Dobra oferta, jedziemy. O 5tej nad ranem jestesmy w Khajuharo. Wybieramy polecany przez Lonely Planet hotelik Yogi (bardzo fajne pokoje - 100Rs/2 osoby) i "w kime". Okolo 12 pobudka i w droge "na miasto". Wymiana pieniedzy w banku narodowym (45 rupii za dolara bez prowizji - najlepszy kurs jaki udalo nam sie znalezc w Indiach), potem sniadanko w restauracji "Safari" (ale sobie nazwe wybrali :>) i w droge na podboj swiatyn Kamasutry.. Po drodze lapie nasz przelotny, ale bardzo intensywny deszcz (czuc zblizajacy sie monsun.. duszno, wilgotno, goraca i praktycznie non stop zachmurzone niebo). Do pomocy bierzemy jeszcze przewodnika za 280 Rs. Swiatynie Khajuharo sa niezwykle okazale. Stworzone na czesc bogow (niestety, nie pamietam ktorych... ale jednym z nich na pewno byl Shiva a kolejnym Brahma :>). Kazda z nich zawiera kilkaset roznych rzezb kobiet, mezczyzn, zwierzat oraz pozycje :) Kamasutry. Co ciekawe, czesc z rzezb przedstawialy chronologicznie bieg wydarzen.. Jak nam wytlumaczyl przewodnik, byl to taki odpowiednik filmu :).. ciekawe.. Pare godzin chodzenia po swiatyni, potem kolacja i ide spac. Zle sie czulem tego dnia a na dodatek potworne zmeczenie dawalo sie we znaki. Reszta grupy troszke jeszcze balowala w hotelowej restauracji.

14 lipca - "Nigdy wiecej.."

Pobudka, 5 rano. Prysznic, pakowanie i idziemy na dworzec autobusowy. O 6tej rano wg przewodnika oraz autochtonow, odjezdza autobus do Varanasi. Lapiemy ten autobus i w droge... Droge przez meke.. Jeszcze tak zlym srodkiem transportu nie jechalismy, wiecej, w zyciu nie jechalem czyms takim.. Autobus teoretycznie znosny, jazda w 40 stopniowym upale, przy 100% wilgotnosci po indyjskich drogach (ktore dumnie nazywaja "highways" a tak naprawde, odpowiadaja naszym wiejskim drozkom), przez tutejsze wsie, gdzie krowy na drodze maja pierwszenstwo , potrafi wykonczyc nawet najtwardsze sztuki.. Po 14,5h jazdy wszyscy mamy serdecznie dosyc. Po takiej jezdzie lepiej by bylo udac sie raczej do sanatorium niz do jednego z najbardziej indyjskich z indyjskich miast... (pod kazdym wzgledem..). Sama podroz zostala troche "ubarwiona" przygoda Michala, ktory jak to pozniej okreslil, puscil "zbyt nonszalancko baka" w drodze do ubikacji i .... reszte dopowiedzcie sobie sami :). Coz, azjatycka flora bakteryjna.. :D Pare osob ma juz dosyc wyjazdu, dziewczyny sa wykonczone.. Z drugiej strony, moze to i dobrze, ze jechalismy czyms takim. Osoby, ktore dolaczyly w Dehli poznaly, jakie przezylismy z jaca i tyronem warunki pedzac by zdazyc do Dehli (bylo troche starc o to, ze nie chca na nas czekac w Dehli i ze musimy zdazyc...).. Przypuszczam, ze nie wytrzymali by podobnej trasy.. Chociaz z drugiej strony, sa wakacje :), trzeba odpoczac a na razie zanosi sie, ze paradoksalnie odpoczniemy wracajac do domu :). Na 21 docieramy do Varanasi. Podjezdzamy riksza do centrum (po dlugich targach z rikszarzami, ze nie chcemy by nas podwozili do zadnego z hoteli, co sie wiaze z reguly z cena x2 by pokryc prowizje rikszarza). Lokujemy sie w hotelu Puja za 150 Rs za "dwojke" - warunki przyzwoite chociaz widok z okna, hmm.. na sciane :), jakies 20 cm od okna.. tez piknie. Prysznic i zmykamy spac.. wreszcie sie skonczyl ten trudny dzien.

15 lipca - "Varanasi"

Pobudka, 9 rano.. Sniadanie w hotelowej restauracji, wszystko bez wiekszego pospiechu, wszyscy jeszcze wyraznie czuli trudy podrozy. Poza tym niektorym z nowo przybylych dalo sie we znaki tutejsze jedzenie i co niektorzy spedzili noc na... kiblu:). Wyglada na to, ze juz chyba wszyscy przeszli "aklimatyzacje".. Popoludnie spedzamy szwedajac sie tu i owdzie, robiac zakupy (3h w sklepie z materialami!!! w zyciu nie grzebalem tyle w jedwabiu...). Pozniej obiad - biryami (30 Rs) i idziemy na druga rundke po miescie.. Udajemy sie nad Ganges, w miejsce zwane Ghatta (sa to takie zejscia do rzeki, w niektorych z nich dokonywane sa rytualy spalenia zmarlych).. Z pewnej odleglosci przygladamy się procesowi spalania zmarlych.. Wokol duzo dymu, czuc smrod palonego ciala... Miejsce bardzo przejmujace, miejsce styku zycia i smierci.. Jutro o 6tej rano mamy wynajeta lodke po Gangesie by moc obejrzec wszystko o swicie... A samo Varanasi.. Takiego syfu i brudu na ulicach jeszcze nie widzielismy nigdzie!!! Zreszta wszyscy twierdza, ze to najbardziej zasyfione miasto Indii, wraz ze swoja swieta rzeka, gdzie stezenie bakterii przekracza o kilkaset tysiecy razy normy. Nikt z nas nie zaryzykuje zamoczyc nawet palca w Gangesie.. a hindusi sie w nim kapia i pija z niego.. Fuuj....
19.7.2004, Krzysiek w Indiach, 16-18.07
16 lipca - "Plyniemy dalej..."

Pobudka - 5.30 (smieszne, wakacje sa, a my ciagle wstajemy o tak nieludzkich porach :>). Na 6-ta rano mamy zamowiona lodke na mini "rejs" po Gangesie.. Pozniej sniadanko, troche snu, obiad i zmykamy na dworzec. O 14:10 mamy pociag do Delhi. Miejsca mamy w wagonie oznaczonym TS (podobno wagon dla turystow). Oczywiscie takiego wagonu nie ma, a TS oznacza jedynie miejsca z puli dla turystow. Nasze miejsca sie w koncu znalazly w jednym z wagonow i moglismy zaczac kolejn odcinek naszej podrozy. Przebieglaby ona prawie bezbolesnie, gdyby nie armia hindusow, ktora wdarla sie do wagonu okolo 20 (nadwyzka ludzi, ktora nie zmiescila sie w "bydlecym") i darla mordy w nieboglosy. Momentami to wydaje mi sie, ze tych ludzi jeszcze nie uczlowieczono a slowo "cywilizacja" to dla nich czarna magia.. Na szczescie po około 2h cala ta masa po prostu zniknela, zrobilo sie duzo spokojniej i mozna bylo spac. Pociag dotarl do Delhi z opoznieniem, okolo godzinnym (no ba, w koncu pokonal 800 km w rekordowo krotkim czasie, prawie 17h!!!). Nie zdazylismy przez to na poranny autobus do Manali i czekal nas caly dzien w Delhi.

17 lipca - "Bollywood - kto jest w Polsce dystrybutorem? :>"

No wiec mamy 1 dzien w Delhi - stolicy miliardowego kraju, kilkunastomilionowa metropolia... A wyglada jak.. no dobra, wyglada jak wyglada :). Oczywiscie jak zwykle jest strasznie goraco, ale trzeba sobie jakos radzic wiec.. idziemy do kina :). Duzego wyboru nie bylo w repertuarze kina do ktorego poszlismy, grali raptem 1 film, ale jaki!! :) Tytul - "Hum Tum" :), juz sie zaczyna robic zabawnie :>. Sam film widac jakis wysoko budzetowy (akcja dzieje sie w Indiach, Holandii, Francji, USA), cos na ksztalt komedii romantycznej o parce, ktora przez kilkanascie lat sie zbliza do siebie i oddala, by w koncu jednak skonczyc razem.. Nie rozumiemy ni w zab (poza paroma wstawkami po angielsku, ktore padaja ni stad ni zowad :>), ale jest wesolo. Do tego butelka rumu na 3 osoby i dialogi nie sa wazne :). Michal wszystko sprawnie tlumaczy, niczym stary wyjadacz. Ogolnie bylo warto :). Kino Bollywodzkie przypadlo nam do gustu. Kolorowe obrazki, muzyczka, zero myslenia, w sam raz na wakacje :). Po filmie jeszcze obiadek w... McDonaldzie (po 3 tygodniach lokalnej, co prawda dobrej, kuchni, wszyscy marzyli o burgerze..:) ). Oczywiscie nie ma europejskich burgerow, jedynie mutacje z kurczakiem lub wegetarianskie. Wersje z kurczakiem to tez jakies na modle indyjska – z curry. Wzialem sobie odpowiednik tutejszego BigMac'a - Maharaja Mac (ale nazwa!!:>), srednio mi smakowal, co przy cenie zestawu 99 Rs, calkiem sporej, rzeklbym prawie 2x takiej jak w lokalnych "restauracjach", jest srednim interesem. No ale milo bylo posiedziec w klimatyzowanym pomieszczeniu.. Jeszcze wymiana pieniedzy (tutaj jak zwykle dala znac o sobie lenistwo, opieszalosc i ogolna, hmm, glupota? hindusow..). Wymiana 100$ w banku trwala.. 25 minut.. biurokracja.. Kurs: 45Rs - 1$. Okolo 17.30 mamy byc pod "biurem" z ktorego odjezdzamy do Manali (bilet na autobus - 425 Rs). Jak zwykle nic nie jest na czas.. autobus podjezdza spozniony 30 minut (ale to jeszcze nic...). Pakujemy sie i w droge. Miejsca w autobusie malo, krzesla gesto upakowane. Ide do "szefa" pogadac, by zamienil moje miejsca i ogora na miejsca z przodu (w calym autobusie byla nasza 8ka i 4ka hindusow siedzacych na 4 miejscach z przodu). "Szef" stwierdzil, ze nie mozna zamienic miejsc. Czworka z przodu tez nie chciala sie zamienic. Pokazalem wiec szefowi, ze my sie tu po prostu nie miescimy, bo maja miejsca dla hindusow a nie europejskich rozmiarow.. W sumie nic nie wynegocjowalismy.. a krzeslo przede mna nie wytrzymalo nacisku moich kolan i sie .. zlamalo ;). Trudno, male maja te autobusy... Zreszta i tak cala prawie podroz spedzilem na podlodze, na karimacie, chyba wygodniejsza opcja. Autobus opuscil Delhi po 2h!! Wczesniej krazyl po miescie i zbieral ludzi... Naprawde, brak slow na to, co ci ludzie tu wyczyniaja... Na starcie mamy 2h opoznienia a mamy jechac 16h. Sama jazda tez nie obyla sie bez tarc. Za nasza grupka usiadla jakas hinduska rodzinka, kilku facetow, pare okropnie brzydkich, ociekajacych tluszczem hindusek z dziecmi i jedna mloda, widac "nowo wzeniona" w to towarzystwo (biedna..). Wojna sie zaczela o to, ze jaca zamknal sobie okno, by moc oprzec glowe o szybe, to jedna z grubych bert z tylu zaczela drzec sie, ze jej dzieci nie maja powietrza... Na nasze hasla, ze jest ich bardzo duza grupa i moga sie przetasowac pomiedzy soba tak by dziecko usiadlo przy oknie gdzie indziej, nie reagowali, krzyczac coraz glosniej. O malo nie doszlo do rekoczynow (ogor juz stal nad jednym z hindusow i prawie mu piesci na twarzy testowal.. zreszta, przypuszczam ze szybko by sie ta walka skonczyla.. fizycznie to z hindusami kiepsko, kiepsko...).. Pozniej sie troche to wszystko uspokoilo... Z ciekawych akcentow w czasie jazdy na wspomnienie zasluguje jeszcze jeden. Nasz kierowca bardzo szalal na tutejszych drogach i nie raz wymusil pierwszenstwo zmuszajac auto z przeciwka do awaryjnej ucieczki na pobocze. Kierowcy jednego z takich aut widac nie bardzo godzili sie na cos takiego.. Zawrocili, dogonili i zatrzymali autobus i .. zaczeli bic kierowce :). Co za folklor!!! Potem jeszcze wizyta policji, kierowca zniknal na 20 minut.. i jedziemy dalej..

18 lipca - "..tam gdzie rosna konopie.."

Do Manali dotarlismy okolo 13:30, po prawie 20h jazdy!!! Masakra.. 20h jazdy po drogach zachodniej Europy - to da się zniesc, ale tutaj to po prostu droga przez meke.. a jeszcze nas taka droga czeka pare razy... Za to samo Manali... Bardzo fajne miasto. W koncu jest CHLODNO!! Na dworze okolo 25 stopni, zero wilgotnosci, zyc nie umierac.. Wokol zielono, czysciej, mniej naganiaczy :), podoba sie nam tu. Manali to jest w ogole takie "wyluzowane" miasto.. Pierwsza rzecz co zwrocila nasza uwage tutaj to.. wszedzie rosnie TRAWA ;). Konopie indyjskie na kazdym kroku, male, duze krzaczory, to tutaj jest wszedzie. Bez powodu sobie to na pewno nie rosnie.. ;) Ladujemy sie do hotelu Chetna (przyzwoite dwojki po 200Rs za pokoj). Popoludnie spedzilismy na wloczeniu sie po miescie, ogladaniu sklepikow, badaniu mozliwosci przejazdu do Leh (jedziemy tam pojutrze). Dzien minal, spokoj, cisza, mozna isc spac...
23.7.2004, Krzysiek w Indiach, 19-22.07
19 lipca - Manali

Pobudka.. a nie pamietam o ktorej, w koncu sa wakacje. Sniadanko i idziemy pochodzic sobie po miescie. Planowalismy pierwotnie wynajac jeepa i zrobic maly objazd po okolicy, ale jako ze pogoda byla kiepska (deszcz i zimno), to w koncu zostalismy w Manali i wloczylismy sie po miasteczku. Po poludniu udalismy sie do drugiej czesci miasteczka, tzw. Old Manali. Smieszne miejsce... Wokol pelno koszulek z Bobem Marleyem, drewnianych fajek, smiesznych strojow i wszedzie, ale to wszedzie duze krzaki marihuany :). Trawka przybyla tu podobno wraz z hipisami okolo 30 lat temu i jakos tak się rozsiala wokol. Miejscowym sie spodobalo, bo praktycznie wszyscy tu pala :). Co wiecej, w sklepie bylismy swiadkiem transakcji, po ktorej sprzedawca zapalil sobie wraz z klientem spowijajac caly sklep w dymku.. :).. Klimatyczne miasto.. Wynajelismy jeepa na jutrzejszy przejazd z Manali do Leh. Wg przewodnika odcinek ten robi sie dwa dni autobusem ze spaniem po drodze w Sarchu. Jako ze czas nieco nas goni, chcemy to zrobic w 1 dzien jeepem. Jeepa mamy za 5700 Rs (za samochod). W 6 osob bedzie wzglednie komfortowo, bez scisku. Wszystkie sprawy zalatwione, pocztowki wyslane :), można isc spac...

20 lipca - "Wiezie nas Tata na koniec swiata.."

2.36, walenie w drzwi.. to nadgorliwy kierowca :). Umowilismy sie z nim na 3cia rano, przyjechal nieco wczesniej i ukradl nam kilkanascie minut snu.. ale co tam, w koncu sa wakacje, a jak wiadomo w wakacje spi sie po 3h dziennie :>. Nasz samochod zwie sie .. Tata :). Tutejszy przemysl motoryzacyjny jest praktycznie zmonopolizowany przez lokalnego indyjskiego producenta, giganta, o dzwiecznej nazwie Tata :). Jeep ktorym jedziemy, tez oczywiscie jest tej marki. Wymyslamy rozne wariacje wokol tej nazwy. Najsmieszniejsza to chyba "Mamo, biore Tate i jedziemy na dziwki ;)". Wyruszamy w droge, czeka nas 470 km jazdy przez... Himalaje!!!. Jeszcze niedawno nie wyobrazalem sobie, ze kiedykolwiek w zyciu zobacze Himalaje. Do dzisiaj zobaczylismy juz 3 najwyzsze pasma gorskie czyli Pamir, Tien-Szan i Karakorum.. Zostaly Himalaje :). Trasa jest bardzo malownicza, z dlugimi podjazdami, przejazdami przez przelecze, z ktorych najwyzsza miala 5300 m.n.p.m. (jechalismy prawie 500 metrow wyzej niz Mont Blanc!!!). Rzeczywiscie, nawet kilka krokow i brakuje tchu na tej wysokosci... Okolo 18 wjezdzamy na tereny Ladakhu. Pieknie tutaj... Niesamowicie niebieskie, wrecz granatowe niebo, roznokolorowe skaly, brunatne, brazowe, zielone o najdziwniejszych ksztaltach, soczysta zielen dolinek (te pola jeczmienia i rzepaku.. bija po oczach..).. Od razu widac roznice w porownaniu do rejonow, ktore juz odwiedzilismy. Jest zauwazalnie czysciej, wioski czy miasteczka, mimo ze nadal wygladaja prymitywnie, maja swoj urok, podobaja nam sie, nie to co syf Indii, ktory dotychczas widzielismy... Nasza teoria jest taka, ze to kwestia ludzka.. Ladakh zamieszkany jest w znacznej czesci przez tybetanczykow. Widac inna kultura i inny sposob bycia niz brudasy, tzn. hindusi. Okolo 21 jestesmy w Leh, podroz zakonczona. Przypadkowo spotykamy w Leh tyrona i Michala!! Oni wyjechali dzien wczesniej, gdyz juz dzisiaj chcieli ruszyc w gory na kilkudniowy trekking. Niestety nie udalo im sie, gdyz do doliny Nubry potrzebne jest pozwolenie i caly dzien im zszedl na jego uzyskaniu... Wyrusza nastepnego dnia z rana.. Wyladowalismy w hoteliku Juned Guesthouse (300 Rs za pokoj w ktorym spalismy w 6 osob). Kolacyjka i spac..

21 lipca - "Leh"

Pobudka, 9 rano, sniadanko i wyruszamy na miasteczko. Z dworca autobusowego jedziemy do miejscowosci Phyang (15 Rs za osobe w busie), gdzie trwa wlasnie festiwal muzyki tybetanskiej. Odbywa sie co 3 lata, akurat trafilismy :). Szczerze mowiac, to jednak nie rzucil nas na kolana.. raczej nuda :D. Zwiedzamy tutejszy klasztor, robimy maly trekking dolinka i okolo wieczora wracamy do Leh. Sam Leh jest pieknie polozony niedaleko Indusu na wysokosci 3500 metrow (spimy jakis kilometr wyzej niz Rysy!!!). Wysokosc daje sie nam jednak we znaki. Co poniektorych boli glowa, pare krokow pod gorke i brak oddechu.. no tak, mieszczuchy wybraly sie w Himalaje :). Obiado-kolacja i udajemy sie jeszcze na okoliczna gorke (150 metrow podejscia a pluca prawie mozna wypluc :)) aby obejrzec zachod slonca... piekny... A potem to lulu, paciorek i spac :)

22 lipca - "ciag dalszy zabawy w Leh :)"

Pobudka, 9 rano, sniadanie i znowu ruszamy do miasta. Wymiana pieniedzy (godzine czasu zabralo cholernym indyjskim biurokratom wymiana 165 dolarow na ichnie zlocisze... czy nadal kogos dziwi ze ten kraj ma 320$ PKB na glowe?) i idziemy na dworzec autobusowy. Jedziemy busem do Thiskal (nie pamietam, jakos na T..). Bilet standardowo - 15Rs/leb. Wysiadamy okolo 4km przed naszym miejscem docelowym - w Shey. Tutaj odwiedzamy klasztor oraz ruiny zamku krolweskiego (25Rs/leb) i idziemy z buta do miasta na T :). W tym oto miescie na T jest jeden z ciekawszych klasztorow tybetanskich. Rzeczywiscie, wyglada najlepiej ze wszystkich, ktore dotychczas odwiedzilismy. Posag buddy wewnatrz swiatyni robi wrazenie (duzy i... cholernie tandetny, jak zreszta wszystkie posagi buddy w swiatyniach..). Wracamy do drogi i lapiemy busa do Leh. Okolo 18 jestesmy z powrotem. Czas na jedzonko (nie wiem co jadlem, ale bylo dobre :), chociaz ceny tutaj sa okolo 2x wyzsze niz innych indyjskich miastach.. zostawilem tutaj.. 170Rs gdy normalnie posilek kosztuje mnie 60-80 Rs). Podejmujemy tez decyzje co do dnia jutrzejszego i wykupujemy sobie splyw Indusem (taki 3godzinny rafting). Cena - 750Rs/leb.
30.7.2004, Krzysiek w Indiach, 23-29.07
23 lipca - "Pontonem przez Indus"

Pobudka - 7.30. Sniadanko w German Bakery (jakies slodkie ciastka po 20Rs). O 9 tej mielismy wyjechac spod agencji na rafting po Indusie. Oczywiscie tak jak to tutaj jest w zwyczaju, wyjechalismy pol godziny pozniej zbierajac jeszcze po drodze ludzi z okolicznych hoteli. Okolo 11 rozpoczal sie wreszcie splyw Indusem. Pierwsze wrazenie: "ale ta rzeka emerycka" :). Jesli mamy plynac 3h spokojniutka rzeka, to sie tu zanudzimy. Jest pomysl, by wywrocic ponton, by była jakas zabawa :). Na szczescie rzeka sie pozniej "rozkreca" i robi troche ciekawsza. Ogolnie jak dla poczatkujacego, czyli mnie, zabawy bylo wystarczajaco. Po splywie jeszcze wysmienity obiadek wliczony w cene splywu i wracamy do Leh. Potem odpoczynek w miescie i w sumie dzien mozna "odfajkowac". Wszyscy oprocz mnie kupuja tez bilety na niedzielny autobus do Srinegar. Ja nie wiem co robic, bo umowilem sie z tyronem i Michalem, ze pojde z nimi na Stok Kangri, ale oni cos nie wracali z trekkingu w dolinie Nubry.. Jutro sie zobaczy...

24 lipca - "Opieprzania sie ciag dalszy..."

Dzisiejszy dzien mial minac na odpoczynku po odpoczywaniu :). Taki luzny dzien.. zero zwiedzania klasztorow, zero chadzania po gorkach, po prostu lazenie po sklepikach i obijanie sie... W koncu wrocili Michal z tyronem. Pomylili nieco trase w dolinie Nubry, przez co stracili 1 dzien (niezbyt dokladna mapka w przewodniku). Ustalilem z nimi, ze ide z nimi na "podboj" Stok Kangri nastepnego dnia. Wieczorem wypozyczamy osprzet, czyli raki i czekany, a dodatkowo ja biore jeszcze puchowy spiwor, gdyz moj "syntetyk" nie przewiduje temperatur nizszych niz 15 C. Przed spaniem jeszcze mala imprezka na dachu z rumem i panem Sobieskim (w koncu mam jutro imieniny :>) i idziemy spac. To byla tez ostatnia noc, gdy bylismy mocna grupa 8 osob. W niedziele 5 osob sie oddziela podazajac powoli do Delhi.

25 lipca - "Ciemnosc, widze ciemnosc.."

Pobudka 6.30 (a co, sa wakacje :>, nie wypada wstawac pozniej niz 7ma :>). O 7.30 mamy autobus do wioski Stok, skad rozpoczyna sie nasz atak na szesciotysiecznik - Stok Kangri (6153 m. n.p.m.). Wioska lezy na wysokosci 3800 m. wiec do szczytu jeszcze kaaaawal drogi... Pierwsze miedzyczasy mamy niezle. Do punktu z herbatka :) (na 4100) dochodzimy po okolo 1h45m, 4500m. takze osiagamy w niezlym czasie. Tutaj w malym obozowisku zjadamy sobie zupke chinska i popijamy herbata. Schody zaczely sie dalej... Obawialem sie nieco tej "wycieczki". Wysokosc jest jednak "piekielna".. Na wysokosci okolo 4800 zaczalem bardzo szybka slabnac. Praktycznie co pare krokow postoj, zaczely sie zawroty glowy, klopoty z rownowaga.. Przeszedlem jeszcze kilkaset metrow (kilkadziesiat metrow w gore) i niestety, koniec :). Przyszlo nam przeprawic sie przez rzeke. Chlopakom sie to udalo, nie bez trudu, ale przeszli. Ja juz nie bylem w stanie.. W koncu po kilku minutach odpoczynku przeprawilem sie, ale bez plecaka... Plecakiem zajeli sie chlopaki. Tyron przenoszac moj plecak skrecil sobie kostke.. Ja po drugiej stronie padlem... Okolo 30 minut lezenia na skalkach, batonik czekoladowy i woda postawily mnie na nogi.. na miekkie nogi.. Tyron i Michal kilka dni wczesniej chodzili po dolinie Nubry, gdzie zdarzalo im sie spac na wysokosci nawet 5700 m. n.p.m. Zaaklimatyzowali sie wiec na tych wysokosciach i teraz trzymali sie niezle (chociaz w czasie tej "aklimatyzacji" tez mieli rozne dziwne przygody, z halucynacjami wlacznie :>). Poza tym prowadza duzo aktywniejszy tryb zycia, a ja, "couch potato", siedzacy po 12h dziennie przy komputerze, nie zawsze z wlasnej woli ;), wymieklem... Do konca dnia poruszalem sie tempem zolwia, robiac co 3 kroczki gleboki oddech.. (taktyke te polecil mi tyron, ktory podobny "zjazd" zaliczyl w Iranie wchodzac na tamtejsza gorke, niestety nie pamietam nazwy, ktora miala 5700 m). Dotarlismy w koncu na miejsce, gdzie chcielismy rozbic swoj maly oboz. Jak zwykle mapki w przewodniku byly do bani. Troche pobladzilismy szukajac tzw. base camp 2 (5050 m. npm). Rozbilismy w koncu sie tam, gdzie sie dalo... (bedac swiecie przekonanym, ze to base camp 2 :) ). Zupka chinska z polska mielonka (pycha!!!) i spac..

26 lipca - Zwycieska porazka :)

Ciezko sie rano wstawalo. Noc nie nalezala do najlepiej przespanych (wysokosc daje sie jednak we znaki).. Dzien wczesniej chlopaki nie wiedzieli, czy beda uderzac na szczyt Stok Kangri dzisiaj, czy poczekaja do jutra, bo takze nie byli w najlepszej formie (te podejscie do base campu jednak bylo meczace...). Po podliczeniu zapasow zywnosci stwierdzili jednak, ze musza dzisiaj bo mamy zapasy na dzis i jutro, a zejscie do Stoku zabiera 1 dzien. Okolo 9.30 wyruszylismy wiec na podboj Stok Kangri. Najpierw przejscie przez morene lodowcowa, a potem sam lodowiec. Okolo 12 bylem na wysokosci "na oko" 5600 m. Michal z tyronem byli okolo 70 metrow wyzej. Patrzac na droge, ktora mi zostala do przebycia, jej trudnosc oraz moje tempo, stwierdzilem, ze nie mam zbyt duzych szans dotrzec na szczyt przed 17, a to wiaze sie z problemami z zejsciem do "bazy"... Kiwnalem wiec chlopakom, by szli dalej. Ja porobilem troche zdjec i zszedlem na dol... Chlopaki zdobyli szczyt, chociaz powiedzieli, ze bylo bardzo trudno i nie obylo sie bez uzycia rakow i czekanow. Blad polegal na tym, ze wyszlismy zbyt pozno (powinno sie wyjsc kolo 4tej nad ranem.. wtedy to pewnie i ja bym wszedl na szczyt :) ). Snieg nie byl zmrozony, zapadali sie po drodze na pol metra.. Podobno było ciezko (a jak mowilem, oboje nie sa pierwszakami jesli chodzi o gorskie podboje..).. Wrocili do obozu po 18, zmeczeni ale szczesliwi :). Ja tez w sumie jestem zadowolony. Osiagnalem 2 swoje male cele, ktore chcialem przed wyjazdem w gory.. Stanac pod koniec lipca na sniegu :) oraz zobaczyc K2. Sniegu bylo az nadto (przydaly sie wypozyczone raki) a K2 slicznie "prezylo" sie na horyzoncie... Pozostal maly niedosyt, ze gdybysmy wyszli wczesniej to bym prawdopodobnie wszedl na szczyt, ale mimo wszystko, 5600 to i tak o 3100 m wiecej niz Rysy :). Wystarczy :). Wieczorem jeszcze ryz z mielonka.. Rozpalilismy tez ognisko z .... gowien jaka :). Drzew w Ladakhu nie ma w ogole, za to gowien jaka jest az nadto.. Palily sie az milo :)

27 lipca - "No to schodzimy..."

Okolo 11 rozpoczelismy zejscie w dol. Obralismy troche inna sciezke zejsciowa pamietajac male bladzenie (a raczej nie tyle bladzenie, co obranie niezbyt optymalnej drogi) przy podejsciu. Przeszlismy mala przelecz i zobaczylismy w dole spore obozowisko... Byl to tzw. base camp 1. Zejscie do niego zabralo okolo 10 minut. Base camp 1 jest wg przewodnika na 5000m. Wynika wiec, ze spalismy na okolo 5200 (150 m. wyzej niz myslelismy, ze jestesmy). Wypilismy tu herbate i dalej w dol.. Po drodze mijamy spore grupy "turystow" (mozna wykupic zorganizowane "wycieczki", wraz z osiolkami, tragarzami, kucharzami.. sami nazwalismy osobe korzystajaca z tego typu uslug "german tourist", gdzie na 1 osobe przypadaly 3 osly, kucharz i pilot :)... wstyd.. :> ). Mijamy tez spora grupke Polakow, ktorzy takze chca zdybyc Stok Kangri.. Mam nadzieje, ze im sie udalo, bo troche wybrali sie lekkomyslnie bez rakow i czekanow, a sniegu na szczycie sporo... Po drodze kupujemy "z namiotu" mleko jaka oraz ser z jaka (oba smakuja jak... krowie ;), ale i tak jest wysmienite..) by w koncu okolo 17 dotrzec do Stoku, skad wyruszylismy... Wyprawa zakonczona, wszyscy potwornie zmeczeni.. Michal wczesniej stwierdzil, ze cale te wejscie na Stok Kangri to tak, jakby wybrac sobie latwy szczyt w Tatrach i wchodzic na niego z jednym plucem :).. Zmienil jednak te zdanie, po tym, jak w koncu na Stok Kangri wszedl... Jest to podobno najlatwiejszy 6-tysiecznik, ale gdy wychodzi sie go podbijac po poludniu, moze sprawiac wiele problemow.. :)

28-29 lipca "A co, mam wakacje wiec sie obijam :)"

Dwa kolejne dni uplynely na... rekonwalescencji :). Ostatnie 3 dni wykonczyly nas... Stopy poobijane, stopy obolale.. emeryci :). Przyda sie dzien odpoczynku, a potem okazalo sie, ze przymusowe 2 dni... Michal 29 lipca wyjechal do Manali, gdyz ma 2 sierpnia samolot do Polski, a powrot do Delhi zabiera kilka dni.. Ja z tyronem chcialem jechac 29 do Srinegaru.. Okazalo sie, ze raz w tygodniu droga jest zamknieta i akurat padlo na 29.. Trudno, przymusowo posiedzimy w Lehu jeszcze jeden dzien. Zakupilismy wiec bilet do Srinegaru na 30 lipca (515 Rs). Na miejscu mamy byc 31. Aha, polecam dzwonienie do Polski z budek STD/PCO itd.. :) W godzinach wieczornych minuta kosztuje okolo 80gr, niezaleznie czy dzwonimy na komorke czy stacjonarny.. W Lehu, gdzie godzina internetu kosztowala 120 Rs, bardziej się oplacalo dzwonic niz klepac maile...
Archiwum
2017 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2016 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2015 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2014 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2013 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2012 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2011 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2010 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2009 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2008 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2007 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2006 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2005 12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 2004 12 11 10 9 8 7 6 5

top

© 2017 Piotr Wasil